Fragment książki "Zaginiona Iwona Wieczorek. Koniec kłamstw"
Najbardziej pocieszające jest to, że śledczy nadal intensywnie pracują nad sprawą i nie zamykają się na jeden scenariusz. To bardzo dobrze o nich świadczy. Z ich wypowiedzi medialnych wnioskuję, że dokładnie sprawdzają kilka ważnych wątków i to jest jedyny poważny sposób, żeby samemu dojść do prawdy. Wielkie sprawy były rozwiązywane przez małe szczegóły; to może być mikroskopijny dowód, ponowne przeszukanie samochodu lub nieruchomości, zapomniane zeznanie albo ponowne wezwanie z pozoru nieistotnego świadka, który powie coś, co wcześniej uważał za mało ważne. Cały czas istnieje też szansa, że ktoś, kto zna prawdę, nie wytrzyma presji i popełni jakiś błąd, wyżali się komuś po alkoholu albo wpadnie w konflikt ze sprawcą i sam zgłosi go na policję, było już sporo takich przypadków w sprawach zabójstw. Śledczy się tym nie chwalą, ale z roku na rok wiedzą o sprawie Iwony coraz więcej i są coraz bliżej finału, mają też coraz więcej technicznych możliwości, by dojść do prawdy. Myślę, że ta sprawa znajdzie rozwiązanie i również nasza książka nas nieco do niego przybliżyła, bo ujawniliśmy tam przecież sporo nowych informacji. Są szanse, że to będzie w tym roku.
Fragment książki "Zaginiona Iwona Wieczorek. Koniec kłamstw" autorstwa Mikołaja Podolskiego i Marty Bilskiej
Fragment rozdziału piątego – "Polskie Twin Peaks"
Nie ma również dowodów na to, by Iwona w ogóle dotarła na swoje osiedle. Według oficjalnej wersji jej ojczym słyszał, jak Adria rozmawia z nią przez telefon w pobliżu jego bloku; słyszał też krzyki.
Pytaliśmy go o to w 2015 r. i powiedział nam wówczas: – To było bardzo upalne lato. Okno było szeroko otwarte. Około godziny czwartej obudziłem się, sądząc, że była to rozmowa twarzą w twarz. Że może po powrocie doszło do jakiejś scysji, sprzeczki między nimi. Jak się potem okazało, to była rozmowa telefoniczna między nimi prowadzona.
Na pytanie o to, czy jego zdaniem krzyczała Adria, ojczym zaginionej również nie udzielił zdecydowanej odpowiedzi: – Chyba tak, no bo skoro Iwony tu nie było, a to była rozmowa telefoniczna, o czym ja wcześniej nie wiedziałem, to chyba Adria. A może nie krzyczała, ale jakimś podniesionym głosem wołała: "Iwona! Iwona!"? Słyszałem tylko jakieś szczątki tej rozmowy. To chyba była Adria… To nikt inny na zdrowy rozum nie mógł być, skoro Adria tu mieszka, tak?
Nieco ciągnięty za język Piotr Kinda ostatecznie przyznał, że nie może wykluczyć, że to jakaś inna dziewczyna mogła wołać: "Iwona! Iwona!". Tym bardziej że nie słyszał wszystkiego dokładnie, bo rzecz nie działa się bezpośrednio pod jego oknem. Z naszych dawnych rozmów z nim wnioskujemy, że równie dobrze mogło to być o godz. 5 i Iwona hipotetycznie mogłaby już dojść pod swój blok.
Ponieważ Adria nie chciała z nami rozmawiać, nie wiemy, jak długo stała na osiedlu. Z informacji, które przekazał nam Marek Siewert, wynika, że nie weszła od razu do siebie. Twierdziła, że nie chciała budzić matki.
Były analityk zdradza nam jeszcze jedną rzecz na temat jej zachowania, o której wcześniej nie wiedzieliśmy i która nas bardzo zaskoczyła.
Nikt się nie skupił na tym, do kogo ona wykonywała połączenia sprzed bloku, kiedy dojechała już taksówką do domu. Adria dzwoniła do różnych swoich kolegów.
– Czy te osoby, do których Adria dzwoniła, były sprawdzane, przesłuchiwane dokładnie i wykluczono ich udział? – pytamy, zdziwieni tymi doniesieniami.
– Nie, bo Adria jest osobą, która ma bardzo mocno zaawansowaną amnezję. Przynajmniej w tamtym czasie miała. To było na zasadzie: "No tak, do kogoś dzwoniłam, ale nie wiem, po co dzwoniłam". Po co dzwoniła do kogoś o czwartej rano? Opowiedzieć, gdzie była, co robiła? A może powiedziała, że Iwona ją obraziła? A może, że Iwona idzie sama na piechotę?
W głosie Siewerta można wyczuć, że bardziej niż swoje ewentualne podejrzenia wobec Adrii wyraża złość na nią, ale też na parę innych osób, które twierdziły, że zapomniały niektóre szczegóły. Pracował w wydziale zabójstw przy ważnych sprawach, którymi nieraz żył cały kraj, np. przy morderstwie gen. Marka Papały, rozpracowywał je, wielokrotnie doprowadził do prawomocnych wyroków, a tu na przeszkodzie stanęła być może grupka gdańskich małolatów ze sklerozą.
– Ona sprzed bloku wykonywała połączenia między innymi do Iwony – kontynuuje były policjant. – I ona się z nią kłóciła przez ten telefon. Tylko nie poznamy treści tej kłótni, bo Iwony nie ma, a Adria ma amnezję. Ale ona wykonywała też połączenia do chłopaków.
– Czyli to nie byli tylko ci chłopacy, z którymi one się bawiły w Dream Clubie? – pytamy dla pewności.
– Nie. Poza Adrianem dzwoniła do chłopaków z Żabianki i Przymorza. Policjanci ustalili ich nazwiska. To było kilka telefonów.
Marek Siewert nie chce nam zdradzić, do kogo konkretnie dzwoniła dziewczyna. Uważa, że tą kwestią powinni zajmować się mundurowi. Ujawnia nam jednak jeszcze jeden nieupubliczniany wcześniej fakt, który naszym zdaniem dużo mówi o nastroju, w jakim była zaginiona.
– Adria była tak naprawdę jedyną osobą, którą Iwona tamtej nocy opieprzyła – podkreśla. – Zmieszała ją z błotem. Krzyczała: "Je**ć taką koleżankę!" czy "Co to za koleżanka!". I wiele innych treści, których my nie znamy, bo mamy tylko przekaz Adrii. Adria mogła się czuć urażona.
Marek Siewert nie ukrywa, że przyjaciółka Iwony nie zrobiła na nim dobrego wrażenia podczas przesłuchań. Nie spodobała mu się nie tylko jej słaba pamięć.
Gdy poruszamy ten temat, zdradza nam: – Rozmawiałem z policją w Gdańsku i mówiłem im: "Zobaczcie, jak ona się zachowuje. Ona jest butna, ona nie chce odpowiadać na pytania. Unika pytań. Ona nie spojrzy człowiekowi w oczy. Ona patrzy w biurko". Moim zdaniem policjanci się z nią za bardzo pieścili przy pytaniach, które powinny zamknąć pewnego rodzaju przypuszczenia.