Ratownik: system nie dźwignie wojny ani katastrofy. "Działa tylko w dobrych czasach"
Państwowe Ratownictwo Medyczne oparte na jednoosobowych działalnościach gospodarczych nie jest zdolne do działania w warunkach wojny ani katastrofy – ocenił w rozmowie z Polską Agencją Prasową ratownik medyczny Marcin Janik.
Najważniejsze informacje
- Ratownik Marcin Janik wskazuje na brak centralnego dowodzenia i obowiązkowych ćwiczeń w Państwowym Ratownictwie Medycznym.
- System oparty na rozproszonych dysponentach nie radzi sobie w katastrofach i przy masowym napływie rannych.
- Szpitale i zespoły rzadko trenują zdarzenia masowe; procedury często istnieją tylko na papierze.
Mgr inż. Marcin Janik, ratownik medyczny z UCK WUM i były oficer Państwowej Straży Pożarnej, mówi wprost o ograniczeniach Państwowego Ratownictwa Medycznego. Wskazuje, że obecny, rozproszony model oparty na jednoosobowych działalnościach gospodarczych działa w rutynie, ale zawodzi, gdy trzeba skoordynować wiele zespołów naraz.
Kluczowa teza Janika jest prosta: codzienna praca zespołów zasadniczo różni się od realiów katastrofy. W rutynie priorytety są oczywiste i mieszczą się w wydolności systemu. - W normalnych warunkach system funkcjonuje w ramach swojej wydolności. W zdarzeniu masowym ten porządek się załamuje – zasobów zaczyna dramatycznie brakować, a priorytety muszą zostać odwrócone – wyjaśnił. Janik podkreśla, że bez stałego treningu zdejmującego ciężar z pojedynczych osób, algorytmy pozostają na papierze i nie pomagają w praktyce.
Hiszpania pod wodą. Żywioł nie odpuszcza od stycznia
Problem pojawia się wtedy, gdy pacjentów wymagających natychmiastowej pomocy jest wielu, a możliwości leczenia ograniczone. Tego nie da się w pełni opisać algorytmem - powiedział ratownik.
Janik zaznacza, że żaden schemat nie opisze wszystkich możliwych sytuacji, a niedobór zasobów wymusza twarde wybory. Bez doświadczenia i ćwiczeń ciężar tych decyzji spada na ratowników, którzy nie mają systemowego wsparcia dowódczego ani jasno opisanej hierarchii odpowiedzialności.
Rozproszenie i brak dowodzenia
Janik wskazuje na silne rozproszenie organizacyjne. Setki dysponentów, dziesiątki dyspozytorni i brak pionowej struktury dowodzenia tworzą środowisko, w którym trudno o jednolite standardy. Nie ma też obowiązkowych szkoleń przygotowujących do zarządzania zdarzeniami masowymi. To oznacza brak gwarancji, że w krytycznym momencie funkcje dowódcze obejmą najlepiej przygotowane osoby, a nie te, które akurat są na miejscu.
Nie istnieje systemowa hierarchia, jasne kryteria kompetencji ani obowiązkowe szkolenia przygotowujące do zarządzania zdarzeniami masowymi – zaznaczył.
W przeciwieństwie do straży pożarnej czy policji, które regularnie trenują, w ratownictwie medycznym ćwiczenia zdarzeń masowych odbywają się sporadycznie i zależą od dobrej woli dysponentów. Janik dodaje, że podobny problem dotyka szpitale. Procedury często kończą życie w segregatorach, bez przeniesienia na realny trening zespołów. Brak centralnej struktury i egzekwowanych obowiązków sprawia, że system pozostaje funkcjonalny wyłącznie w spokojnych czasach.
Wniosek: bez reform będzie działał tylko w dobrych czasach
Ratownik stawia jasną diagnozę, że każdy poważny kryzys – wojna, pandemia czy katastrofa – w krótkim czasie obnaża słabości obecnego modelu. Dopóki nie pojawi się centralne dowodzenie, obowiązkowe ćwiczenia oraz realna odpowiedzialność przełożonych, system nie udźwignie masowego napływu rannych.
Rozmowa została przeprowadzona w związku z konferencją poświęconą jakości w ochronie zdrowia i przygotowaniu systemu na sytuacje kryzysowe, organizowaną w ramach obchodów Światowego Dnia Chorego 11 lutego przez UCK WUM.
Źródło: PAP.