Wjechał rozpędzonym autem na molo. "Uciekaj, bo on cię zabije!"

Książka "Kryminalne Trójmiasto" opisuje siedem kontrowersyjnych historii kryminalnych z Trójmiasta i okolic. Doświadczony dziennikarz śledczy Mikołaj Podolski przedstawia je z nowej perspektywy, ukazując nieraz uchybienia sądów i organów ścigania, o których przez lata nie wiedziała opinia publiczna i które były niezwykle korzystne m.in. dla seryjnego gwałciciela, najgroźniejszego gangu na Wybrzeżu, a także podejrzewanego o morderstwo. Na kanwie tych historii autor wyjaśnia, dlaczego Trójmiasto nazywa się "Małą Sycylią".

Pogoda Sopot molo wakacje morze turyściMolo w Sopocie
Źródło zdjęć: © Materiały WP | Adobe

Fragment książki "Kryminalne Trójmiasto" autorstwa Mikołaja Podolskiego

Rozdział "O szaleńczym rajdzie przez trójmiejskie Sin City"

– Tam facet leciał stówą! – krzyczał do mnie turysta, który zobaczył aparat w moim ręku. – Na molo zahaczył o płotki. Wszedł na ręcznym, próbował się wbić, zahaczył o ławkę z ludźmi i jeszcze ludzi potrącał po drodze. Blachy miał wejherowskie: GWE.

Był sobotni wieczór, jeden z najcieplejszych tamtego lata. W Dolnym Sopocie deptaki tętniły życiem, gromadząc co najmniej kilka tysięcy ludzi. Wszystkie rozmowy kręciły się wokół tego samego tematu. Nie musiałem nikogo specjalnie zagadywać i wciągać do dyskusji. Wystarczyło stanąć obok kogokolwiek i włączyć się do rozmowy.

Po kilku takich wymianach zdań zdałem sobie sprawę, że być może nie do końca przemyślałem swoje wyjście. Nie wziąłem pod uwagę problemu, z którym dziennikarze mają rzadko do czynienia. Otóż prawie cały tłum na Monciaku był pod wpływem alkoholu. Czasem wyczuwałem, że niektórzy mocno ubarwiali historię, przesadnie dramatyzowali, a niekiedy wręcz wymyślali bzdury. Na przykład pewien starszy mężczyzna wykrzykiwał, że cały rajd trwał aż dwie godziny. Inni rozpuszczali plotkę, że parę osób nie żyje.

Musiałem zmienić strategię i przyjąć, że będę rozmawiał tylko z trzeźwymi, choć przypominało to szukanie igły w stogu siana. Jednak nawet ich emocje buzowały.

– Trąbił i zapierdalał na molo! Se włączył klakson i zapierdalał! Jakby była corrida jakaś – opisywał sytuację Piotr, wzburzony Sopocianin, przekrzykując momentami swoją żonę.

Ta z kolei skarżyła się najbardziej, że na deptaku brakowało policjantów:

– Ilu ludzi szło z dziećmi małymi… Jak my mamy się czuć bezpieczni? – pytała retorycznie Beata. – Ja pierdzielę! Mało patrolu. Przede wszystkim za mało patrolu. O tej porze przede wszystkim. Rano to chodzą jak zasrani. A teraz, jak jest tyle ludzi? Kurort! Jaki to jest kurort?!

Okładka książki "Kryminalne Trójmiasto"
Okładka książki "Kryminalne Trójmiasto" © Licencjodawca

Nie tylko zacytowani państwo Jankowscy byli wściekli. Wściekł się cały Monciak. Gdyby mógł, krzyczałby wszystkimi płytami chodnikowymi, latarniami i włazami do studzienek. Każdy mógł wtedy zginąć pod kołami, w miejscu, w którym nie powinien natrafić na samochód.

– Mąż do mnie krzyczał: "Uciekaj, bo on cię zabije!". To była prędkość światła! – relacjonowała starsza kobieta, która wciąż się trzęsła.

Mimo że byłem pierwszym dziennikarzem na miejscu, sprawca już zniknął. Wskazano mi tylko czerwoną plamę krwi niedaleko drogerii. Zgromadzeni wyjaśnili, że kierowca próbował uciekać pieszo, więc dostał parę razy w zęby na uspokojenie. Tłum podbił mu też oczy, rozerwał koszulę, a kiedy już leżał, skopał go po głowie i żebrach z obu stron. Przed niechybną śmiercią uratowali go ochroniarze jednej z dyskotek.

Jego czerwona Honda była odgrodzona biało-czerwoną taśmą. Stało przy niej kilkaset osób. Samochód miał rozbite przednią szybę i przedni zderzak, powyginaną maskę i urwane lusterko. Wśród gapiów rzucała się w oczy kobieta po pięćdziesiątce, która z wrażenia nie mogła oderwać dłoni od policzków. Policjanci skuwali właśnie podpitego jegomościa, który ich zbluzgał. Jakiś inny, który wypił jeszcze więcej, próbował rozmawiać z młodą mundurową, ale nie za bardzo szło mu łączenie wyrazów w logiczne zdania. Zresztą z utrzymaniem pionu też miał problem. Strażacy długo szukali czegoś pod maską pojazdu, ale w końcu odpuścili. Umięśniony chłopak ze słuchawkami w uszach dawał duże susy nad rozbitymi butelkami od piwa, częściami roztrzaskanych krzeseł i kawałkami uszkodzonej donicy.

Nie do końca wierzyłem, że Honda wjechała na molo, więc postanowiłem sprawdzić to osobiście. Widok z daleka nie pozostawiał wątpliwości. Ludzie mówili prawdę. Samochód musiał być szaleńczo rozpędzony, bo wyłamał drewniane bariery, przy okazji rozdzierając baner promujący imprezę plenerową. A ponieważ turystyka nie znosi próżni, spacerowicze zaczęli korzystać z tej dziury – przechodzili przez nią na najdłuższy wówczas drewniany pomost w Europie.

Ujrzałem tam dwoje młodych ludzi przykrytych kocem. Dziewczyna szczękała zębami, jakby była na Syberii. Chłopak wyjaśnił, że oboje skoczyli do Bałtyku, aby uniknąć potrącenia, i że nie odzyskali jeszcze na tyle sił, żeby móc mi zrelacjonować, co się stało.

– Facet jechał z góry Monciaka, trąbiąc. Praktycznie cały czas z ręką na klaksonie. I dlatego tam się ludzie odsuwali.

A ja myślałem nawet, że to tajniacy – opisywał Mateusz, któremu udało się uniknąć potrącenia w pobliżu Państwowej Galerii Sztuki. – Tutaj chyba już nie trąbił. Tu zostały chyba dwie osoby potrącone. Ja akurat stałem przy drzewie i rozmawiałem z ludźmi. Przejechał kilka metrów obok mnie. Potem usłyszałem coś jakby strzał. Zobaczyłem, że on walnął w ludzi, w te stoliki i tego pana, co później tam leżał. Nie jestem pewien, czy on przeżył. Z bliska nie widziałem, ale podobno kość mu wystawała z nogi. Tam już mało było widać, bo ludzie się zbiegli i zaczęli bić kierowcę. Na pewno dostał solidnie od kilku osób. Wysiadł i dostał bomby.

Wróciłem na Monciak. Tam najwięcej była mi w stanie powiedzieć szczupła dwudziestolatka z bardzo krótkimi włosami ufarbowanymi na biało, której spodenki ledwo zasłaniały pośladki. W ręku dzierżyła parasolkę, chociaż nie padał deszcz. To był wtedy atrybut dziewcząt, które na Monciaku zachęcały mężczyzn, by wstąpili do klubów go-go. Prezydent Sopotu próbował różnymi sposobami doprowadzić do ich zniknięcia z deptaka, ale wówczas jego pisma były jeszcze w sądach lub na etapie konsultacji prawnych, więc dziewczęta paradowały beztrosko między przechodniami, nienękane przez nikogo.

– Jestem promotorką klubu – zaznaczyła na wstępie Natalia lekko zachrypniętym głosem. – Nie zostałam potrącona, jednak było naprawdę blisko. Ten samochód przejechał obok mnie. Ludzie siedzieli przed restauracją… Z tego, co widziałam, faceci wyciągnęli tego człowieka z samochodu i zaczęli go okładać. Wyglądał masakrycznie. Po trzech minutach przyjechała policja i przepędziła ludzi gazem łzawiącym. A potem pojawiły się straż i pogotowie.

– Kto to był?

– Ludzie mówią, że ktoś z Wejherowa. Ja widziałam tylko, że jechał z otwartym oknem i miał białą koszulę. Nie wyglądał na żadnego gangstera. Na ludzi się nie spojrzał. Jechał prosto przed siebie, trzymał mocno kierownicę. Był młody. Nie słyszałam, żeby miał włączoną muzykę.

– Czy widziała pani ofiary? Jak wyglądały?

– Byli dwaj panowie, którzy mieli niebieskie koszulki. Poszli usiąść w rogu. I nie wiem, co się z nimi stało, bo muszę przyznać, że jak to wszystko zobaczyłam, to uciekłam. Ale on nie tylko tutaj taranował. Wjechał też na molo.

– Ja widziałem człowieka, który miał całe nogi połamane – nagle wtrącił się do dyskusji młody mężczyzna. Po chwili próbował mnie przekonać, że policjanci mówili mu o trzech zgonach.

Część osób zaglądała do internetu lub próbowała słuchać w radiu, czy rzeczywiście są ofiary śmiertelne. Niektóre media faktycznie początkowo o nich donosiły. A ci, którzy widzieli wariacki przejazd, zgodnie przyznawali, że to niemożliwe, żeby nikt nie zginął.

– Stałem wtedy koło klubu Sztos, mniej więcej na środku Monciaka. – Karol Mbaye zapamiętał ten moment dokładnie i precyzyjnie artykułował swoje odczucia. – W imprezowym ferworze usłyszałem krzyki. Nie wiedziałem, co się dzieje. Pomyślałem, że to może wieczór kawalerski lub panieński. Zdałem sobie jednak sprawę, że to nie są normalne krzyki. Spojrzałem i zobaczyłem, że kilka osób leży na ziemi. Zrozumiałem, że to ludzie potrąceni przez samochód.

– Faktycznie komuś wystawała z nogi kość?

– Tak, było tam otwarte złamanie. Dla mnie to wszystko było szokujące.

– Czy widział pan, jak bili kierowcę?

– Nie, ale znajomy mi powiedział, że wciągnęli go do klubu. Tam ktoś ich uspokoił i powiedział, żeby poczekali na policję.

Wariactwo na oczach kamer

Emocje wielu osób długo nie mogły ostygnąć. O wpół do drugiej w nocy prezydent Sopotu Jacek Karnowski napisał w mediach społecznościowych: "Idiota samochodem szalał po Monciaku i molo. Dzięki Bogu nikt nie zginął! Dzięki pogotowiu, straży pożarnej, policji, straży miejskiej, WOPR za szybką i profesjonalną akcję. Wojewodzie za pomoc. I błagam! Więcej mundurowych na Monciaku!".

Jeden z internautów twierdził, że kiedy auto wjeżdżało na Monciak, poruszało się jeszcze powoli. Zwrócił wtedy uwagę policjantom, którzy stali przy McDonaldzie na górze deptaka. Ci mieli odpowiedzieć z pobłażaniem: "A co, może mamy go gonić?". Następnie odeszli w drugą stronę.

W mundurowych uderzał też wojewoda pomorski Ryszard Stachurski, w pewnym uproszczeniu zwierzchnik policji. W wywiadzie dla Radia Gdańsk stwierdził, że według jego danych przez pierwszy kwadrans od zgłoszenia policjanci nie zrobili nic w sprawie kierowcy. Oni natomiast bronili się, że wysłali patrol do Dolnego Sopotu już cztery minuty po otrzymaniu informacji o szaleńcu. Nikt jednak nie dyskutował z faktem, że nie było ich na trasie jego przejazdu. Co dziwne, w wydanym później oświadczeniu sopocka komenda poinformowała, że w okolicach molo przebywało aż dziewięć patroli, tylko jakimś cudem żaden z nich nie widział pędzącej Hondy.

Wybrane dla Ciebie