Sprzedają nawet kasztany. Scalping to koszmar konsumentów [OPINIA]

W internecie można dziś kupić niemal wszystko. Nawet zwykłe kasztany, które jesienią bez problemu znajdziemy pod drzewami. Ich sprzedaż to jednak tylko jeden z przykładów zjawiska, które coraz częściej budzi irytację konsumentów. Scalping, czyli kupowanie popularnych produktów po to, by później odsprzedać je drożej, potrafi zmienić zwykłą okazję w towar deficytowy.

W sieci kupisz nawet kasztany. Scalping czyli koszmar konsumentów.W sieci kupisz nawet kasztany. Scalping czyli koszmar konsumentów.
Źródło zdjęć: © Canva | Action, Materiały prasowe
Anna Kurek

W sieci kupimy dziś niemal wszystko. To ogromny plus internetu, a zakupy bez wychodzenia z domu niejednej osobie ratowały skórę w ostatniej chwili. Zakupy online nie są już żadną nowością, dlatego większość z nas nauczyła się podstawowych zasad ostrożności.

Na szczęście oszuści są teraz coraz częściej i szybciej demaskowani. Kwestia ich karania to oczywiście osobny i znacznie bardziej skomplikowany temat. Istnieją jednak całkiem legalne sposoby zarabiania, które mimo wszystko mogą budzić zastrzeżenia. A w ostatnim czasie takich przypadków jest prawdziwe zatrzęsienie.

Czym jest scalping?

Scalping to w dużym uproszczeniu kupowanie popularnych, trudno dostępnych lub szybko wyprzedających się produktów po to, by później odsprzedać je z zyskiem. Schemat jest banalnie prosty: kupić tanio, poczekać, aż produkt zniknie ze sklepów, a następnie zaoferować go komuś, kto nie zdążył zrobić zakupów na czas - tyle że już za znacznie wyższą cenę.

Samo kupowanie i odsprzedawanie rzeczy drożej nie jest przecież niczym nowym. Na tym od lat opiera się handel. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś świadomie wykupuje towar, na który jest duży popyt, a następnie korzysta z jego niedostępności. Wtedy zwykły klient ma coraz mniejszą szansę kupić produkt w pierwotnej cenie, a jedyną drogą pozostaje często rynek wtórny. I nie mówimy tu o rzeczach pierwszej potrzeby, a na przykład dekoracjach czy naczyniach.

Nie zawsze jest to nielegalne. Przepisy przewidują jednak konkretne ograniczenia, np. w przypadku odsprzedaży biletów przedsiębiorcom, którzy przy zakupie wykorzystują oprogramowanie obchodzące limity ustalone przez organizatora.

Kupują tanio, żeby inni zapłacili kilka razy więcej

Zjawisku scalpingu przyjrzałam się dokładniej latem tego roku. Zeczęło się, gdy w oko wpadł mi w popularnej sieciówce koc "sarenka", dostępny w dwóch wariantach kolorystycznych. Miał w sobie coś ciepłego i jesiennego, a do tego idealnie nadawał się na krótką drzemkę po pracy. Problem w tym, że zdobycie go graniczyło z cudem.

Koc spodobał się nie tylko mnie i bardzo szybko zaczął znikać z półek. W sklepie kosztował około 50 zł, a do kompletu można było dokupić pasujące poduszki. Cały zestaw za mniej niż 100 zł wydawał się naprawdę niezłą okazją.

Szybko jednak znaleźli się tacy, którzy postanowili zrobić z tego "interes życia". Janusze i Grażyny biznesu rzucili się więc do Action i wykupywali towar - by sprzedać go za ponad dwa razy tyle w sieci. Nie robili przecież nic nielegalnego. Ale łatwo można było się poczuć po prostu oszukanym. I nie tylko ja miałam te odczucia, bo internauci pokazywali nagrania i zdjęcia prezentujące spryciarzy wyjeżdżających z koszykami pełnymi koców i poduszek.

Potem był garnek

Garnek w kształcie dyni to kolejny "must have" tej jesieni. Mały, duży, średni. Nie ma znaczenia - byle gotować w nim zupę. I ponownie - garnek z Action za ok. 100 zł znikał z półek sklepowych, by pojawić się masowo na popularnym portalu sprzedażowym, który w swoim założeniu miał opierać się na sprzedawaniu rzeczy zalegających nam w domu, by dać im drugie życie.

Kiedy zrozumiałam ten mechanizm, stwierdziłam, że chyba nic mnie już nie zdziwi. Ja umiałam sobie racjonalnie wytłumaczyć, że te wszystkie rzeczy nie są nam na dobrą sprawę potrzebne i nie musimy ich za wszelką cenę (i za wszelkie pieniądze) posiadać. Na wiele osób doszło do takiego samego wniosku.

Ale skoro oferty się pojawiały (a może i cały czas się pojawiają), to znaczy, że byli chętni, by zapłacić nawet absurdalną cenę. Ich też nie oceniam - może to wymarzone prezenty czy elementy wystroju. Ale czuję niesmak.

Można już kupić nawet... kasztany

Tylko że to nie był koniec "hitów lata i jesieni 2026". Lekki szok przeżyłam, dowiadując się, że znajdziemy tam nawet... kasztany. Nie, nie te jadalne. Takie spadające z drzew, które każdy może sam pozbierać jesienią. A przynajmniej mógł, bo teraz jest spora konkurencja, skoro ceny zaczynają się od 5 zł, a kończą nawet na 50 zł za kilogram.

Gdyby chodziło o dzieci, które dary jesieni zbierają po szkole, by jak lemoniadę sprzedawać je i zbierać pieniądze na schronisko dla zwierząt czy przybory szkolne, nawet przez myśl by mi nie przyszło, że jest w tym coś dziwnego. Dziwnego - nie złego, dodajmy, bo nikt nie broni komuś spędzać, zgiętym, kilku godzin, by potem sprzedawać reklamówki "kasztanów dekoracyjnych" innym w sieci. Ale jest to po prostu zjawisko dla mnie na tyle nowe, że aż szokujące, więc poczułam się zmieszana. I lekko podekscytowana. Co będzie następne? Mamy październik, więc może świeżo zbierane liście? Deszczówka?

Oczywiście już wiele lat temu, byli już tacy, którzy sprzedawali piasek z plaży czy powietrze, którym oddychał ktoś znany. W takich przypadkach miało to jednak mieć jakąś wartość kolekcjonerską albo pamiątkową. Ale mało znam osób, które marzą o tym, by postawić sobie w domu pamiątkę z Tarchomina.

Eldorado dla oszustów?

I tutaj dochodzimy do ważnego rozróżnienia. Tak, mam problem ze scalpingiem, ale nie oznacza to, że każdą osobę sprzedającą coś drożej niż kupiła, uważam za oszusta. Jeżeli ktoś kupił produkt legalnie, nikogo nie wprowadza w błąd i znalazł nabywcę gotowego zapłacić więcej - zrobił po prostu dobry interes. Według mnie w niektórych przypadkach można się spierać o uczciwość takiego zachowania, ale to już kwestia oceny.

Scalping to zresztą niejedyny problem, z jakim mierzą się platformy sprzedażowe. Internetowy handel przyciąga również oszustów, którzy próbują wykorzystywać nieuwagę kupujących i sprzedających.

Jednym z podstawowych sygnałów ostrzegawczych powinny być prośby o płatność poza platformą. Jeżeli ktoś proponuje przelew czy BLIK zamiast skorzystania z systemu przewidzianego przez serwis, kupujący może stracić ochronę zapewnianą przez daną platformę.

Problemem bywają również spory dotyczące autentyczności produktów. Kupujący może zgłosić problem z zamówieniem, a platforma rozpatruje sprawę zgodnie z własnymi procedurami. W przypadku potwierdzenia, że przedmiot jest podróbką, Vinted przykładowo przewiduje również sytuacje, w których nie musi on wracać do sprzedającego. A jeśli nie jest a system się pomylił? Wtedy traci sprzedawca.

Warto więc zachować czujność bez względu na to, czy jesteśmy kupującymi, czy sprzedającymi. Czasem dobrze też zastanowić się dwa razy, czy dany produkt jest nam naprawdę tak potrzebny, by zapłacić za niego dwa razy więcej. A kasztany? Te zdecydowanie lepiej zbierać samemu.

Wybrane dla Ciebie