Jak podaje serwis, sąd przesłuchał m.in. sąsiadów oraz teściów oskarżonego. Zapoznał się również z nagraniem przesłuchania jego 9,5-letniej córki. Sprawa dotyczy wydarzeń, które miały miejsce w nocy z 17 na 18 września 2024 roku w budynku wielorodzinnym w Komorowie, gdzie mężczyzna mieszkał z żoną i dwójką dzieci.
Zabił amstaffa. Szokujące szczegóły. Piotr S. stanął przed sądem
Z ustaleń śledczych wynika, że Piotr S. pozbawił życia psa ciosami noża kuchennego, a następnie wywiózł zwierzę i wrzucił je do stawu w Witoszowie Dolnym. Jak relacjonowali świadkowie, tej nocy z mieszkania dobiegały odgłosy skowytu psa, a potem płacz kobiety.
Jedna z sąsiadek opisywała przed sądem, że usłyszała pisk zwierzęcia, a następnie słowa wypowiadane przez kobietę i rozpaczliwy płacz. Druga mówiła o nagłym ucichnięciu skowytu oraz odgłosach przypominających szorowanie podłogi mopem. Następnego dnia jedna z kobiet powiadomiła policję.
Świadkowie o zachowaniu psa i relacjach w domu
Podczas rozprawy pojawiły się rozbieżne oceny dotyczące Rokiego. Jak informuje swidnica24.pl, teściowa oskarżonego przekonywała, że początkowo pies był ułożony, a z czasem miał stać się agresywny po tym, jak Piotr S. zaczął go szkolić i bić. Jednocześnie sędzia Anna Czwojda odczytała wcześniejsze zeznania kobiety, w których po zdarzeniu miała mówić, że zięć dobrze traktował psa. Teściowa tłumaczyła w sądzie, że o taką wersję prosiła ją córka.
Z kolei sąsiadki - jak podaje serwis - przedstawiały Rokiego jako psa, który nie był groźny wobec ludzi, choć bywał pozostawiany na balkonie przez dłuższy czas. Jedna z nich opisywała sytuację, gdy zwierzę, przywiązane na klatce schodowej, było tak zestresowane, że oddało mocz. Według tej relacji pies nie reagował agresją nawet wtedy, gdy kobieta przechodziła obok z własnym psem.
Teść Piotra S. mówił natomiast, że zięć nie miał podejścia do szkolenia psa, ale jednocześnie twierdził, że nie bił go, a co najwyżej uderzał końcówką smyczy. Wskazywał też, że to jego córka zajmowała się zwierzęciem na co dzień i że pies był do niej mocno przywiązany. W jego relacji pojawił się również epizod, gdy Roki miał go ugryźć lub "uszczypnąć" w nogę podczas karmienia.
Zeznania dziecka i nieobecność matki na rozprawie
Według swidnica24.pl, sąd włączył do materiału dowodowego nagranie przesłuchania córki oskarżonego, przeprowadzonego w specjalnym pomieszczeniu z udziałem psychologa, adwokata i prokuratora. Dziewczynka mówiła, że wcześniej namawiała mamę, by wybierała mniejsze psy. Opisywała, że Roki miał zachowywać się agresywnie wobec ojca i dwa razy ugryźć go w brzuch, a wobec niej raz zawarczeć.
Dziecko relacjonowało też, że w noc zdarzenia chciało zabrać swoją kołdrę z kanapy, na której leżał pies, ale zwierzę zaczęło warczeć, więc uciekło do pokoju. Dziewczynka starała się przedstawiać dom jako bezpieczne miejsce, ale z nagrania wynikało również, że od dwóch lat ani ona, ani jej brat nie mieszkają z rodzicami, a pieczę zastępczą sprawują dziadkowie.
Na rozprawę nie przyszła matka dziewczynki. Przekazała sądowi informację, że przebywa w szpitalu, co potwierdziła jej matka. Teściowa oskarżonego mówiła, że córka ma złamaną szczękę, ale nie potrafiła wskazać przyczyny.
Jedna z sąsiadek zeznała, że odczuwała lęk wobec Piotra S. i że często miał być pod wpływem alkoholu. - Jeśli kogoś się bałam, to tego mężczyzny, nie psa - mówiła w sądzie, co cytuje swidnica24.pl.
Wyjaśnienia Piotra S. i zarzut "szczególnego okrucieństwa"
Piotr S. nie pojawił się na pierwszej rozprawie mimo dwukrotnego zawiadomienia. Sąd odczytał jego wcześniejsze zeznania złożone w 2024 r. przed policją i prokuraturą. Oskarżony opisywał, że od lat miał psy tej rasy, a Rokiego kupiła jego żona. Twierdził, że po przeprowadzce do Komorowa w kwietniu 2024 r. pies po ok. trzech miesiącach zaczął wobec niego bywać agresywny: najpierw warczał, a później miał go ugryźć.
W swojej wersji wydarzeń Piotr S. wskazywał, że proponował szkolenie, ale żona miała się na to nie zgodzić. Mówił też o zaniedbaniach dotyczących szczepień, odrobaczania i kastracji. Opisywał noc zdarzenia jako sytuację, w której pies miał rzucić się na niego, a wcześniej ugryźć jego żonę w ręce, gdy próbowała odciągnąć zwierzę.
Oskarżony przyznał, że po zdarzeniu sprzątał krew, by dzieci tego nie widziały, a następnie wywiózł ciało psa do stawu w Witoszowie Dolnym. W jego relacji pojawiła się także informacja, że następnego dnia wrócił z łopatą, bo chciał zwierzę zakopać, ale psa już nie było. Mężczyzna podkreślał, że działał w obronie własnej i rodziny.
Prokurator Roman Kostowski odczytał akt oskarżenia, w którym zarzucono Piotrowi S. zabicie psa ze szczególnym okrucieństwem. Za taki czyn grozi kara do 5 lat pozbawienia wolności.
Jak podaje swidnica24.pl, proces ma być kontynuowany we wrześniu. Sąd zaplanował przesłuchania kolejnych świadków oraz wysłuchanie biegłej. Zdecydowano też o wysłaniu kolejnego wezwania do żony oskarżonego.