Dorota Szelągowska unieważniła małżeństwo. Łatwo nie było

59

Dorota Szelągowska ma za sobą "rozwód kościelny". Telewizyjna gwiazda postanowiła ujawnić, jak uzyskała unieważnienie małżeństwa. Szczegóły przedstawiła w obszernym felietonie dla "Wysokich Obcasów".

Dorota Szelągowska unieważniła małżeństwo. Łatwo nie było
Dorota Szelągowska opowiada o zmaganiach z nerwicą lękową (AKPA, Kurnikowski)

Po 11 latach związku Dorota Szelągowska wyszła za mąż za Adama Sztabę. Niestety, czas zweryfikował tę relację - ich miłość nie przetrwała. Już dwa lata po ślubie Dorota i Adam zdecydowali się na "rozwód kościelny".

W najnowszym wydaniu "Wysokich Obcasów" Szelągowska opisała jego kulisy. Proces trwał aż dwa lata. Duchowni - jak relacjonuje celebrytka - przesłuchiwali świadków i wnikali w intymne szczegóły z jej życia. Kobieta nie ukrywa, że inaczej to sobie wyobrażała.

Najbardziej to czułam podczas rozwodu kościelnego, który nie jest ani rozwodem, ani unieważnieniem małżeństwa, tylko stwierdzeniem jego nieważności. Tak, jakby nigdy nie zostało zawarte, bo zaistniały przesłanki, które to uniemożliwiają. Cały proces trwał dwa lata, nikt nikomu nie dał łapówki, księża ślęczeli nad aktami dotyczącymi intymnych szczegółów naszego życia, przesłuchiwano świadków, a kościelni prawnicy dostali niezłe wynagrodzenie. A ja czułam niesmak. Taki porządny. I miałam poczucie, że nijak to się ma do tego, co wiedziałam o wierze i sakramentach. No, a potem okazało się, że jesteś jednak wykluczony, jeśli nie zamierzasz brać kolejnego ślubu i nie zamierzasz też żyć w czystości. I w ogóle co znaczy "czystość"? - zapytała wymownie Szelągowska.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Zobacz także: Magda Gessler oceniła Małgorzatę Rozenek-Majdan. "Podziwiam jej wysiłek"

Dorota Szelągowska ostro o Kościele

Projektantka wnętrz wyraźnie dała do zrozumienia, że nie zgadza się z zasadami przyjętymi przez Kościół. Dorota oczekuje równości i wzajemnego szacunku, czego - w jej opinii - duchowni nie gwarantują.

Potem pytania już poszły lawinowo i zdałam sobie sprawę, że moje odpowiedzi i odpowiedzi Kościoła są na dwóch biegunach. Wiem, że niektórzy w tych momentach przymykają na to oko i po prostu żyją dalej albo podejmują dyskusję, stają się "wierzącymi niepraktykującymi", ale to jest dla mnie właśnie hipokryzja. Nie ma czegoś takiego. Bycie katolikiem opiera się na praktykowaniu w tym, a nie w innym nurcie. Więc oto jestem. Popierająca in vitro, dostęp do antykoncepcji, wiedzy, opowiadająca się za legalizacją związków jednopłciowych. W imię równości wobec prawa. I szacunku. Niekatoliczka. Wierząca. Na razie nieprzynależąca - podsumowała.
Autor: MDO
Oceń jakość naszego artykułu:

Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Zobacz także:
Oferty dla Ciebie
Wystąpił problem z wyświetleniem strony Kliknij tutaj, aby wyświetlić