- 600 tys. żołnierzy - ukraiński wywiad wskazuje, że Kreml szykuje w latach 2026–2027 masową mobilizację.
- Ukraiński wywiad donosi, że większość żołnierzy zostanie skierowana na front, ale mobilizacja może zagrażać również krajom bałtyckim.
- - Bałtowie nie czekają aż Rosja ostatecznie dokona tej mobilizacji. Oni już teraz szykują się do jej skutków - mówi w rozmowie z o2.pl ekspert ds. Rosji.
Politolog z Politechniki Koszalińskiej dr Martinas Malużinas jest ostrożny w szacunkach dotyczących liczebności mobilizacji. Pochodzący z Litwy ekspert ds. Rosji wskazuje jednak, że kraje bałtyckie powinny poważnie myśleć o zagrożeniu ze strony Kremla. – Jako kraje bałtyckie musimy obserwować działania Rosji – tłumaczy dr Malużinas w rozmowie z o2.pl.
Marcin Lewicki: Zapytam przewrotnie: po co Putinowi dodatkowych 600 tys. żołnierzy? Gdzie on ich skieruje?
Dr Martinas Malużinas, politolog z Politechniki Koszalińskiej: Przede wszystkim powinniśmy ostrożnie podchodzić do informacji o skali mobilizacji. Nie są to informacje przekazywane przez źródła zachodnie czy eksperckie think tanki. Na razie o liczbie 600 tys. wspomina tylko ukraiński wywiad. Ale faktem jest, że Rosja ma problem rekrutacyjny. Zasoby ludzkie w wojnie przeciwko Ukrainie słabną.
WIDEORosyjska strategia. "Nie rozumiemy istoty wojny, jaką prowadzą"
Jak duża jest skala rosyjskich strat?
Nieoficjalnie mówi się, że Rosja traci na froncie ok. 60 tys. żołnierzy miesięcznie. Zaznaczam jednak, że nie są to w pełni potwierdzone dane. Jednocześnie – co jest już faktem – Rosja ma problemy z nową rekrutacją. Mówią o tym nawet rosyjscy politycy. Na pewno Kreml będzie musiał szukać kolejnych zasobów ludzkich.
Z czego wynika ten problem? Przecież Kreml korzysta już z zagranicznych najemników, obiecuje pieniądze za wyjazd na front.
Jak wspomniałem, w Rosji jest coraz mniej osób zdolnych do walki. Brakuje szeregowych żołnierzy. Z kolei brak kadry oficerskiej na froncie to efekt sankcji. Wielu wykwalifikowanych ludzi wyjechało z Rosji za pracą. Do tego nie ma sprzętu. No i Kreml nadal stara się uniknąć powszechnej mobilizacji. Jednak na dłuższą metę może okazać się to niemożliwe. Stąd zaczynają padać liczby o powołaniu nawet 600 tys. żołnierzy i zmianie prawa, która to umożliwi.
Czy taka ewentualna mobilizacja stanowi zagrożenie tylko dla Ukrainy czy np. również dla państw bałtyckich?
Putin mówi, że nie ma planów ataku na kraje NATO. Rosyjska doktryna wojskowa jest jednak nastawiona na kampanię wyniszczającą, ale też stosowanie kłamstwa. Polska i kraje bałtyckie doskonale zdają sobie z tego sprawę. Władimirowi Putinowi nie wolno ufać, bo konkretne deklaracje mogą być elementem taktyki politycznej i wojskowej. W 2021 i 2022 r. Kreml zaprzeczał, że ma plany ataku na Ukrainę. A później Rosja uderzyła. Z tego względu nie można wierzyć w zapewnienia Putina.
Jako kraje bałtyckie musimy obserwować działania Rosji. Chodzi nie tylko o tempo zapowiadanej rekrutacji, ale też zmianę przepisów wojskowych czy przygotowanie infrastruktury pod mobilizację oraz dofinansowanie armii. Samo powołanie żołnierzy Rosji nie wystarczy.
Jak powinniśmy reagować na te ruchy Kremla? Czy kraje bałtyckie powinny być gotowe na jakąś formę wojny, może nie tyle otwartej, co hybrydowej? Kolejne prowokacje?
Przede wszystkim konieczna jest obserwacja sytuacji na froncie i wskazanych przeze mnie wyżej elementów. Ewentualna rosyjska mobilizacja oznaczałaby w mojej ocenie wzrost presji ukierunkowanej na bezpieczeństwo na wschodniej flance NATO. Kraje bałtyckie graniczą z Rosją i Białorusią, a więc są najbliżej rosyjskich sił. Może dojść do serii ataków hybrydowych, cyberataków, sabotażu infrastrukturalnego, dezinformacji, prowokacji, naruszeń przestrzeni powietrznej. Działania te się nasilają, a przy mobilizacji mogłyby być jeszcze bardziej intensywne.
Jaki rejon może być najbardziej zagrożony takimi atakami? Przesmyk Suwalski?
To z pewnością obszar, który należy uznać za strategiczny. Kraje bałtyckie, Polska, a nawet całe NATO muszą skoncentrować siły w tym rejonie. Pamiętajmy, że problemem nie jest tylko sama mobilizacja, ale też to, czy Rosja będzie w stanie systematycznie odbudować swoje wojsko, a jednocześnie czy będzie w stanie nasilać ataki hybrydowe przy działaniach zbrojnych w Ukrainie.
Mówi Pan o realnym zagrożeniu atakami. Tylko w jaki sposób kraje bałtyckie powinny się do nich przygotować? Czy to jest mobilizacja piechoty, czy np. zaangażowanie Stanów Zjednoczonych, nowe technologie, a może intensywniejsza współpraca z Polską?
Widzę tu trzy wymiary. Pierwszy to działania dotyczące samej piechoty. Chodzi o konieczność rozbudowy własnej armii, rezerw, zwiększania liczby żołnierzy, mobilizacji. Warto przygotować na to społeczeństwo. Drugi obszar to tworzenie fortyfikacji na granicach, bunkrów. Z kolei trzeci element to zwiększanie funduszy na lotnictwo, korzystanie z zasobów zagranicznych, a także zwiększanie własnych możliwości obrony powietrznej m.in. antydronowej i ochrona infrastruktury krytycznej.
Współpraca z NATO będzie pełniła tu istotną rolę?
Zdecydowanie uważam, że rosyjska mobilizacja wpłynie na plany ćwiczeń wojskowych realizowanych przez NATO. Kraje bałtyckie powinny wnioskować o intensyfikację i regularność takich ćwiczeń. Szczególnie w scenariuszu obrony regionu. Pozytywne jest to, że Bałtowie nie czekają aż Rosja ostatecznie dokona tej mobilizacji. Oni już teraz szykują się do jej skutków.