Nie milkną echa tragicznego zdarzenia w szwajcarskiej miejscowości Crans-Montana. Sylwestrowa zabawa przeobraziła się w horror. Trwa identyfikacja zabitych, a świadkowie opowiadają o chaosie, panice i walce o życie. To jedna z największych tragedii w historii kraju.
W wyniku pożaru baru w Szwajcarii śmierć poniosło ponad 47 osób, a przeszło 115 zostało rannych, wiele ciężko. - Kiedy tam dotarliśmy, to było jak wojna - wyznał w materiale PAP/AFP Mathys.
- To jedyne słowo, którym mogę to opisać: apokalipsa. To było straszne - kontynuował.- Widzieliśmy przechodzących obok nas ludzi z poparzeniami, byli poranieni - zrelacjonował.
Głos zabrała też Judith Guzman. - Usłyszałam dźwięk karetki i policji. Wszystko wskazywało na to, że właśnie wydarzył się wypadek. Bardzo mi przykro, to był dla mnie szok. Wszyscy przyjeżdżamy to na wakacje, żeby dobrze się bawić, a znalezienie się w takiej sytuacji jest bardzo, bardzo smutne - zaznaczyła.
Na miejscu tragedii pojawiło się wiele osób, które zostawiały znicze i ze smutkiem spoglądały w stronę baru. Pojawiło się też mnóstwo kwiatów.
Służby zapowiadają, że identyfikacja ofiar może potrwać kilka dni.