Chciał obalić Hitlera. Pisał o Polakach. "Większość gardziło Polską"

Historia po dziś dzień kładzie się cieniem na relacjach Polski i Niemiec. Wojciech Harpulla i prof. Andrzej Chwalba w książce "Nie będzie Niemiec… Polska-Niemcy. Tysiąc lat wojny i pokoju" wskazują, że nasi sąsiedzi "sprawnie poradzili sobie z zarządzaniem pamięcią o epoce nazizmu", ale w Polsce może to budzić niesmak. Przeczytajcie fragment książki.

Prof. Andrzej Chwalba o relacjach z NiemcamiProf. Andrzej Chwalba o relacjach z Niemcami
Źródło zdjęć: © Pixabay.com | Stowarzyszenie Pisarzy Polskich oddział Kraków, analogicus
Rafał Strzelec

Wojciech Harpula: Dlaczego antyniemieckie wątki, dotyczące także zadośćuczynienia lub odszkodowania za okres wojenny, raz na jakiś czas pojawiają się w polskim życiu politycznym i rezonują w opinii publicznej?

Prof. Andrzej Chwalba: Proszę zwolnić mnie z odpowiedzi na pytanie o motywy polityków – bo historia opowiada o sprawach przeszłych, a nie bieżących. Naszą rozmowę rozpoczynaliśmy od przytoczenia badań, które wskazują, że zachodni sąsiad wciąż kojarzy nam się z koszmarem drugiej wojny światowej. U części Polaków emocje związane z tym okresem historii zapewne budzi fakt, że Niemcy niezwykle sprawnie poradzili sobie z zarządzaniem pamięcią o epoce nazizmu, ale zrobili to w sposób, który po wschodniej stronie Odry i Nysy może sprawiać niezbyt dobre wrażenie. Dla niektórych obywateli Rzeczpospolitej nie ma to żadnego znaczenia, dla innych ma duże. Politycy, którzy w debacie publicznej niekiedy posługują się wątkami antyniemieckimi, zwracają się do tych drugich.

Co pan ma na myśli, mówiąc o niemieckim zarządzaniu pamięcią dotyczącą epoki nazizmu? Niemcy wielokrotnie brali na siebie odpowiedzialność za wywołanie drugiej wojny światowej i jej skutki.

Oczywiście. To dogmat niemieckiej polityki i debaty publicznej co najmniej od wczesnych lat sześćdziesiątych. Niemcy przy każdej okazji przyznawali i przyznają nadal, że byli sprawcami największego zła w dwudziestowiecznej Europie i dlatego stali się pacyfistami, chcą budować zjednoczoną Europę i wyzbyli się dumy narodowej. Sformułowanie "duma narodowa", które jeszcze niekiedy pojawiało się w zachodnich Niemczech w latach pięćdziesiątych, zostało zupełnie wyrugowane z agendy politycznej czy medialnej. Kolejni przywódcy niemieccy, niezależnie od opcji politycznej, bili się w pierś, brali na swoje barki winę za koszmar drugiej wojny światowej i pochylali głowy wobec pamięci jej ofiar, wypowiadali ważne i doniosłe słowa. To był jednak tylko teatr, który konstruowali na użytek światowej opinii publicznej.

Teatr?

Tak, gdyż równocześnie w wewnątrzniemieckim dyskursie trwał proces pomniejszania odpowiedzialności Niemców za to, co stało się w latach 1939–1945. Mówiliśmy już, że społeczeństwo i politycy niemieccy uznali na początku lat pięćdziesiątych, iż – z wyjątkiem największych zbrodniarzy – byli naziści mają prawo tworzyć nowe Niemcy. Elity przekonywały, że Niemcy jako naród nie byli winni temu, że Ribbentrop podpisał z Mołotowem pakt, który spowodował wybuch wojny na światową skalę.

Dodajmy, że w ogóle zanika wiedza Niemców o pakcie z 23 sierpnia 1939 roku oraz o 1 września jako dniu napaści Rzeszy na Polskę. Przykłada do tego rękę także obecny kanclerz Niemiec Friedrich Merz, który przemawiając do polityków swojej partii, dał do zrozumienia, że druga wojna światowa rozpoczęła się w 1941 roku. Kolejnym etapem było ograniczanie niemieckich zbrodni do Zagłady – a przemilczanie tych, których Niemcy dopuścili się w innych krajach. Przed świadectwem Auschwitz i ocalonych z Holokaustu nie można było się uchylić, także z powodu twardej postawy diaspory żydowskiej oraz izraelskiego polowania na nazistów.

Jerozolimski proces porwanego przez Mosad z Argentyny jednego z architektów Holokaustu Adolfa Eichmanna, transmitowany w radiu i telewizji, był wstrząsem dla opinii publicznej w RFN, która musiała skonfrontować się z zeznaniami ofiar i przyjąć do wiadomości, że Niemcy wprowadzili w życie plan zniszczenia całego narodu. Uznali tę prawdę. Do uznania prawdy o prześladowaniach innych narodów nie zostali zmuszeni, a sami tę świadomość w dużej mierze wyparli. W którym miejscu ukląkł Brandt podczas wizyty w Warszawie w 1970 roku?

Przed Pomnikiem Bohaterów Getta.

A nie w miejscu, które upamiętniało polskie ofiary drugiej wojny światowej, zburzenie Warszawy, grabieże własności jej mieszkańców i masowe morderstwa cywilów. To było bardzo znamienne. Badania społeczne potwierdzają, że niezależnie od generacji Niemcy nie mają pojęcia, jaka była skala represji przeciwko Polakom, Rosjanom, Serbom czy Grekom. Mało tego. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zaczęły pojawiać się publikacje prasowe i naukowe, które dowodziły, że Niemcy nie popełniliby wojennych zbrodni, gdyby nie pomoc innych narodów.

Z czasem pomocnicy katów rekrutujący się z podbitych narodów w niemieckiej dyskusji zaczęli wysuwać się na pierwszy plan. To rodziło pytanie: czy sprawcami Holokaustu byli tylko Niemcy, czy też może pomocnicy zbrodni mają więcej krwi na rękach? To ewidentna relatywizacja odpowiedzialności za Zagładę, która w Polsce musiała rodzić reakcje obronne. Najważniejszym wątkiem, który pojawił się już po zjednoczeniu i świadczy o tym, że samokrytyczna konfrontacja z przeszłością w Niemczech nie nastąpiła, jest podkreślanie, że Niemcy w czasach Hitlera padli ofiarą narodowego socjalizmu.

Przy różnych oficjalnych okazjach podkreślają to niemieccy oficjele, z kanclerzami na czele. Według tej narracji naziści zniewolili naród, a dzięki zwycięstwu aliantów Niemcy mogli podążyć drogą do demokracji, wolności, dobrobytu i państwa prawa. Czyli naród niemiecki jest niewinny, został podbity, zniewolony i skolonizowany przez siły zła. Jest ofiarą nazizmu, tak samo jak Żydzi i inne narody Europy. Zgodnie z tą logiką z niemieckiej opowieści o drugiej wojnie światowej zniknęli sami Niemcy. Pojawili się bezosobowi naziści, których można obarczyć odpowiedzialnością za wszystkie zbrodnie.

Na tym nie koniec – skoro naziści zniewolili naród niemiecki, to naturalne jest, że musiał się on tej opresji przeciwstawiać. Stąd obecne w niemieckiej polityce historycznej eksponowanie epizodów sprzeciwu wobec Hitlera i działalności różnych kręgów opozycyjnych w okresie Trzeciej Rzeszy. Oczywiście ludziom, którzy mieli odwagę nie zgadzać się z szaleństwami Führera, należy się szacunek, bo w totalitarnym państwie nie było łatwo powiedzieć "nie" władzy – ale opozycja wobec reżimu hitlerowskiego była w ówczesnych Niemczech zjawiskiem marginalnym.

To były niewielkie grupki, prowadzące bardzo ograniczoną działalność. Słynny Krąg z Krzyżowej skupiał około 20 osób i kilkudziesięciu współpracowników, w gruncie rzeczy był klubem dyskusyjnym, w którym rozważano różne warianty społecznego i państwowego ładu w Niemczech po upadku Hitlera. Monachijską Białą Różę tworzyło pięcioro studentów, a historię jej działaczki Sophie Scholl przeniesiono na ekrany już kilka razy. Produkcji opowiadających o zamachu pułkownika Clausa von Stauffenberga na Hitlera w Wilczym Szańcu w lipcu 1944 roku powstało zapewne kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset.

Tom Cruise w Walkirii jest świetny. Jak to on.

Można odnieść wrażenie, że nieudana operacja zamachu stanu zorganizowana przez kilkunastu wyższych oficerów Wehrmachtu stała się – obok ataku na Pearl Harbour, lądowania w Normandii i bitwy pod Stalingradem – jednym z najbardziej eksploatowanych w popkulturze wątków drugiej wojny światowej. Ale mniejsza o to.

Rzecz w tym, jaką opowieść o zamachu na Hitlera prezentuje światu państwo niemieckie ustami swoich przedstawicieli. Kanclerz Olaf Scholz czy wcześniej przewodnicząca Bundestagu, skądinąd Polakom przyjazna Rita Süssmuth, wprost mówili, że zamach był "buntem sumienia". Trzeba bardzo selektywnie podchodzić do historii, żeby zdobyć się na takie sformułowanie. To nie był żaden "bunt sumienia", tylko bunt wojskowych, którzy mieli dość porażek i chcieli ocalić Rzeszę oraz zachować jej nabytki na wschodzie. Po usunięciu Hitlera zamierzali zawrzeć pokój ze Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią i wszystkie siły rzucić przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Stauffenberg nie był żadnym bojownikiem o lepszy świat. Dopóki Rzesza pod wodzą Hitlera zwyciężała, popierał wodza bezwarunkowo. O Polakach wyrażał się jak najgorzej.

Okładka książki
Okładka książki "Nie będzie Niemiec… Polska-Niemcy. Tysiąc lat wojny i pokoju", wydanej przez wydawnictwo Wielka Litera © wielkalitera.pl | wielkalitera.pl

W jego listach do żony pisanych we wrześniu 1939 roku można znaleźć wzmianki o "desperackiej waleczności polskich oficerów" i wzbudzającym uznanie wyposażeniu polskiego dworu. Ale są tam i takie słowa: "Miejscowa ludność to niewiarygodny motłoch, bardzo dużo Żydów i mieszańców. Naród, który, aby się dobrze czuć, najwyraźniej potrzebuje batoga. Tysiące jeńców przyczynią się na pewno do rozwoju naszego rolnictwa. W Niemczech na pewno da się ich dobrze wykorzystać: są pracowici, ulegli i niewymagający".

Większość autorów puczu gardziło Polakami i Polską w sposób typowy dla niemieckich elit tamtego okresu. Nas, Polaków, bezkrytyczne w Niemczech oddawanie czci spiskowcom z 1944 roku może razić, ale – co istotniejsze – w społeczeństwie niemieckim potęguje ono wrażenie, że sprzeciw wobec nazistów był w czasach Trzeciej Rzeszy powszechny.

To dlatego 30 procent Niemców uważa, że ich rodziny były oponentami Führera. W tym samym sondażu dla "Die Zeit" z 2020 roku zaledwie trzy procent respondentów stwierdziło, że ich rodziny popierały nazistów. To ewidentne następstwo narracji o narodzie "podbitym" przez hitlerowców. W innym, wspominanym już przez nas badaniu Uniwersytetu Bielefeld, 32 procent Niemców wyraziło przekonanie, że ich przodkowie pomagali ofiarom reżimu. Tymczasem historycy, przede wszystkim niemieccy, wykazali, że w różne formy pomocy Żydom, więźniom obozów koncentracyjnych czy innym ofiarom represji hitlerowców angażowało się od 0,2 do 0,3 procent społeczeństwa Trzeciej Rzeszy. To dlatego Niemcy uratowali tak niewielu Żydów.

W gronie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata jest 7318 Polaków i 666 Niemców.

W niemieckich miastach i miasteczkach każdy epizod uratowania Żyda w czasie wojny jest honorowany powstaniem muzeum lub izby pamięci. My, po latach starań, mamy wreszcie Muzeum im. Rodziny Ulmów w Markowej. Jedno.

Dla setek milionów osób na całym świecie symbolem ratowania Żydów w czasie drugiej wojny światowej jest niemiecki przedsiębiorca i członek NSDAP Oskar Schindler, uwieczniony w obsypanym nagrodami filmie. W dziele Stevena Spielberga brakuje epilogu jego losów. Postawa Schindlera nie spotkała się z akceptacją w powojennych Niemczech. Został poddany ostracyzmowi towarzyskiemu, nikt nie chciał robić z nim interesów. W oczach Niemców nie był wiarygodny, bo łamał prawo hitlerowskiej Rzeszy. Nie bez przyczyny wyjechał do Argentyny i nie bez przyczyny jest pochowany w Jerozolimie… Tezy niemieckiej polityki historycznej dotyczącej drugiej wojny światowej o wiele silniej przebiły się do światowej opinii publicznej niż polska opowieść o tych czasach. My nie przegraliśmy na punkty. To był nokaut.

Niemcy na prezentowanie swojej perspektywy mieli kilkadziesiąt lat i nieporównywalnie większe możliwości.

Oczywiście. Poza tym Polska bardzo potrzebowała niemieckiego wsparcia ze względu na starania o dołączenie do struktur świata zachodniego. I wsparcie to otrzymała. To nie był dobry moment na wytykanie naszemu sąsiadowi relatywizowania historii. A później zabrakło ponadpartyjnej zgody co do tego, w jaki sposób i z użyciem jakich środków chcemy prowadzić własną politykę historyczną.

Jako państwo zaczęliśmy zdecydowanie reagować dopiero wtedy, gdy świat coraz częściej zaczął słyszeć o "polskich obozach śmierci". Sami na to pracowaliśmy, bowiem ci, którzy oddają pole, muszą się liczyć z przykrymi konsekwencjami. Żeby było jasne: nie chodzi o to, by bezustannie przypominać światu i samym Niemcom, że w czasie drugiej wojny światowej dopuścili się zbrodni. Prawda powinna pozostać jednak prawdą. Historia – oparta na badaniach, faktach i ustaleniach – może służyć współczesnym. Przypominać, ostrzegać, alarmować. Jeżeli będzie dowolnie modyfikowana i interpretowana, nie będzie pełnić tej funkcji.

Mało tego – stanie się groźna. Sukcesy Alternatywy dla Niemiec, której politycy wprost mówią o dumie z żołnierzy Wehrmachtu, nie wzięły się z niczego. Wyrosły na podglebiu prowadzonej przez państwo niemieckie polityki pamięci. Dlatego też tak trudno doprowadzić do budowy w Berlinie pomnika poświęconego pamięci tych mieszkańców okupowanej Polski, którym okupant odebrał nadzieję, godność i życie.

Wybrane dla Ciebie