Jak trafiłem na stół operacyjny? Sam się o to prosiłem

Angioplastyka, stenty, bajpasy – te określenia jeszcze do niedawna były dla pana Marka czymś zupełnie obcym. Do czasu. Miesiąc temu przeszedł poważną operację serca. Jego historia powinna być przestrogą dla wielu. Zaczęło się od niewinnej zadyszki. Co było potem? Coraz gorzej…

surgical instruments on the table during surgery
sterile surgical instruments on during the operation table amid the surgeons
faustasyan
Service, Student, Group of Objects, Group Of People, Clinic, Urgency, Clamp, Forceps, Therapy, Repairing, Hygiene, Glove, Mask - Disguise, Wealth, Rescue, Teamwork, Care, Concepts, Blue, Steel, Metal, Healthcare And Medicine, Human Face, Human Hand, Surgeon, Doctor, Paramedic, People, Domestic Room, Hospital, Work Tool, Medicine, Scalpel, Equipment, Surgery, Protective Workwear, Uniform, Table, Team, Veterinary Medicine, AssistantHistoria pana Marka może być przestrogą dla innych
Źródło zdjęć: © Getty Images | Sergeev Stanislav

Pierwszy ostrzegawczy sygnał pojawił się niecałe dwadzieścia lat temu. Pan Marek był już po czterdziestce. Na nic się nie skarżył, rzadko chorował – jeśli już, to jakieś drobne przeziębienie. Nic poważnego. Był jednak przemęczony. Czuł to. Praca w biurze od rana do późnego popołudnia, czasami też w weekendy była wyczerpująca. Często wracał do domu, marząc o jednym – wreszcie odpocząć. Najchętniej na kanapie przed telewizorem. To go relaksowało. Tak jak godziny spędzone w internecie.

– W pracy codziennie byłem na najwyższych obrotach – mówi. – Od rana nerwówka, ciągle jakieś problemy, naglące terminy, robota po godzinach. Co tu dużo gadać – ze stresem coraz gorzej sobie radziłem. Jedyna moja aktywność fizyczna to był spacer do samochodu.

Pewnego dnia jego organizm zbuntował się. I to dość brutalnie

– Siedziałem akurat przy biurku, kiedy poczułem, jak zaczyna mi łomotać serce – wspomina. – Biło tak mocno, że bałem się poruszyć. I ten paraliżujący strach. Byłem sam w gabinecie. Myślałem, że zaraz przejdzie. Gdzie tam. Dopiero jak położyłem się na podłodze, to powoli się uspokoiło. Nigdy czegoś takiego nie miałem. Do tego czułem, jak nieregularnie bije. Raz stawało, raz przyspieszało. Byłem też lekko oszołomiony.

Kolega zawiózł go na SOR. Nie protestował. Tętno 130. Ciśnienie 185 na 120. Poleżał kilka godzin na izbie przyjęć, dostał captopril pod język i przeszło.

– Przez kolejne dni czułem się jednak dość kiepsko – mówi pan Marek. – Kupiłem nawet ciśnieniomierz, zacząłem sobie mierzyć ciśnienie. Skakało. Lekarz na SOR-ze kazał mi zrobić badania kardiologiczne na wszelki wypadek i się tak nie denerwować. Bo to niby z nerwów.

Nie posłuchał. Zwłaszcza że czuł się już nieco lepiej. A pracy miał tyle, że nie miał czasu myśleć o swoim zdrowiu. I to się po jakimś czasie znów zemściło.

– To był podobny incydent – mówi. – Tym razem w domu. Poprzednie dni były bardzo nerwowe w pracy. Pracowałem jeszcze w domu do późna w nocy. Padłem ze zmęczenia. Rano poczułem, jak cały się trzęsę. Coś się ze mną złego działo. Żona spała w innym pokoju. Ledwo do niej doszedłem. Zmierzyła mi ciśnienie – ponad 200. Tętno chyba podobnie. Wezwała pogotowie. Znów SOR, na szczęście nie było migotania przedsionków. EKG wyszło tak sobie. Jak fale Dunaju – tak powiedział lekarz.

Tym razem pan Marek nie zbagatelizował wskazówek. Umówił się na wizytę u kardiologa. Prywatnie, żeby było szybciej.

– Po raz pierwszy w życiu zrobiłem sobie wtedy komplet badań – mówi 64-latek. – Nie było najlepiej. Wysoki cholesterol, podwyższony cukier, do tego kiepskie echo serca, a na TK wyszło zwężenie na jednej z tętnic.

Po miesiącu miał już założone dwa stenty. Nie bolało. Poczuł się o wiele lepiej. Już się tak nie męczył. Leki na nadciśnienie też zrobiły swoje. Pan Marek wrócił do pracy po dłuższym urlopie i od razu rzucił się w wir zajęć. Pamiętał też o zaleceniach lekarzy – więcej ruchu, dieta, mniej nerwów i regularne badania.

Przez pół roku pilnował się. Kupił nawet rower stacjonarny, żeby nabrać trochę więcej sił i kondycji. Kilka razy nawet popedałował po pół godziny. Zaczął pilnować diety – jadł więcej owoców, warzyw, nie chodził już tak często do pobliskiego grill baru po pracy na golonkę czy świeżonkę. Spacerował, więcej wypoczywał. Było też mniej alkoholu, chociaż z tym akurat rzadko przesadzał. Ale piwo od czasu do czasu czy nalewka wieczorem – z tego nie zrezygnował.

Szybko jednak wrócił do starych nawyków. W pracy nic się nie zmieniło. Znów codzienna nerwówka, zebrania, pośpiech i stres. Po pracy kanapa, pilot, telewizja. Na rower nawet nie spojrzał. Zresztą stał na poddaszu. Jeśli by się spocił, wchodząc po schodach. Wszędzie znów jeździł samochodem. Po co się męczyć? Żona wprawdzie pilnowała, co je, ale i tak często w pracy zamawiali catering. Nie miał nic wspólnego z dietą. Ale czuł się całkiem nieźle.

– Po tych stentach miałem gorsze dni, czasami brakowało mi sił, ale jakoś dawałem radę – mówi. – Nie przypuszczałem jednak, że moje serce jest w coraz gorszym stanie.

Na bożonarodzeniowe święta wyjechali do Portugalii. Do znajomych, całą rodziną. Do dnia wyjazdu miał w pracy tyle zajęć, że kiedy wsiadał do samolotu, to wciąż myślami był jeszcze w biurze. Nie potrafił odpocząć, dać sobie trochę luzu.

– To były koszmarne święta – mówi. – Zamiast wypocząć, cieszyć się wolnym, to większość czasu przeleżałem w łóżku. Już pierwszego dnia po przyjeździe czułem, że nie jest ze mną za dobrze. Ledwo wszedłem na piętro do apartamentu. Takiej dostałem zadyszki. Nie mogłem złapać tchu. Jak 80-latek. Myślałem, że trzeba będzie wezwać pogotowie. Do tego ból w klatce jak w stanie przedzawałowym. Potem trochę mnie puściło, ale na spacerze znowu to samo. Co rusz musiałem odpoczywać na ławce, jakieś mroczki przed oczami, ciężko mi się oddychało. W nocy nie mogłem spać, czułem ciężar w klatce piersiowej.

Po powrocie do Polski od razu poszedł do kardiologa. Jedno, drugie badanie. Przy wysiłkowym omal nie zemdlał po kilku minutach szybszego marszu. Badanie przerwano. Rezonans nie pozostawiał wątpliwości. Diagnoza - niedrożna tętnica na tak długim odcinku, że stenty nie wchodziły w rachubę. Jedynie bajpasy.

– Na operację czekałem prawie miesiąc – mówi. – Dłużyło się jak diabli. Lekarz od razu wypisał mi zwolnienie. Siedziałem w domu i czekałem na telefon, że może akurat się miejsce zwolniło. Takie czekanie jest najgorsze. Do tego jeszcze dostałem jakiejś infekcji i wszystko szło jak po grudzie.

Udało się jednak. Operacja trwała ponad sześć godzin. Bardzo inwazyjna, z rozcinaniem klatki piersiowej.

Za tydzień pan Marek jedzie na rehabilitację kardiologiczną do sanatorium. Mimo że od operacji minął już miesiąc, wciąż jednak nie doszedł w pełni do siebie. Do tego wszystkiego jeszcze złapał zapalenie oskrzeli. Bardzo ciężko to przeszedł, bo każde kaszlnięcie powodowało ból.

– Żałuję jednej rzeczy – kończy nasz bohater. – Że za pierwszym razem nie posłuchałem lekarzy. Gdybym wtedy zmienił coś w swoim życiu, to być może nie doszłoby do takich perypetii. Ta moja operacja może i nie jest czymś wyjątkowym z medycznego punktu widzenia, ale wiele osób zmarło wskutek komplikacji po niej. Mnie się udało tego uniknąć. Ale dopiero teraz do mnie dotarło, że różnie mogło się to skończyć. Każdemu teraz znajomemu powtarzam, żeby nie bagatelizował podobnych objawów. Trzeba się badać regularnie, dbać o siebie. Szkoda, że tak późno to zrozumiałem. W przyszłym roku mogę iść na emeryturę i nie będę się wahać, czy jeszcze trochę nie popracować tak jak nie tak dawno myślałem. Zdrowie jest najważniejsze i zamierzam się wreszcie z nim zaprzyjaźnić. Myślałem do tej pory, że firma beze mnie sobie nie poradzi, a okazuje się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Ta moja choroba niejako na własne życzenie przewartościowała moje dotychczasowe wyobrażenia o życiu. Czasu jednak nie cofnę. A rower już zamówiłem.

Wybrane dla Ciebie