Do karambolu doszło 5 lipca. Autobus linii nr 186 wjechał do podziemnego korytarza dla pieszych i uderzył dachem w jego strop. Wszystko działo się pod Rondem Zesłańców Syberyjskich, w rejonie Dworca Zachodniego w Warszawie.
W tunelu znajdował się samochód zepchnięty z ulicy przez autobus. Nikt nie przechodził wtedy korytarzem. Rannych zostało sześciu pasażerów, a dwie osoby, w tym małe dziecko, przewieziono do szpitali. Pojazd przejechał ok. kilometr, a po drodze uszkodził inne auta.
Kierowcę zamknęli, a autobus zabrali na policyjny parking i nie dopuszczają naszych ludzi. Nie możemy odczytać nagrań monitoringu ani sprawdzić wszystkiego dokładnie w stacji diagnostycznej. To był bardzo dziwny wypadek. Moim zdaniem to niemożliwe, żeby wszystkie układy zawiodły - mówił w poniedziałek Gazecie Wyborczej prezes MZA Jan Kuźmiński.
Tramwaje Warszawskie wskazują, że wcześniej doszło do kontaktu autobusu z tramwajem w rejonie placu Narutowicza. Autobus zawadził o lusterko tramwaju i skosił sygnalizator świetlny. - Na nagraniach naszego monitoringu widzimy, że kierowca nie zatrzymał się ani po tej kolizji, ani na przystanku - mówił "Stołecznej" rzecznik Tramwajów Warszawskich Witold Urbanowicz.
Policja przekazała, że kierowca nie był pod wpływem alkoholu ani narkotyków. Prezes Miejskich Zakładów Autobusowych informował, że to 58-letni pracownik związany ze spółką od kilku lat.
Przeszedł już na emeryturę i chciał sobie dorobić na umowę zlecenie. Jeździł w dwa weekendy w miesiącu. W sumie cztery dni. Twierdzi, że zablokował mu się układ hamulcowy albo kierowniczy, ale gdyby rozszczelniła się w nich hydraulika, to autobus powinien się zablokować automatycznie - wyjaśnia Kuźmiński w rozmowie ze "Stołeczną".
Gazeta Wyborcza dodaje, że Solaris miał dopiero 5 lat. Autobus był garażowany w zajezdni przy Stalowej na Pradze. Na liczniku miał dopiero ok. 300 tys. km.