Sonia Stępień
Sonia Stępień| 
aktualizacja 

Ksiądz o tragedii w Andrychowie. "To nie znieczulica". Wskazuje na służby

81

Nie milkną echa tragedii w Andrychowie. 14-letnia Natalia zmarła po tym, jak przez kilka godzin siedziała przed sklepem w centrum miasta. Wiele osób wini za tę sytuację ludzką znieczulicę. Innego zdania jest ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. - Ja bym zaczął od tego, że po zgłoszeniu ojca na policję służby nie podjęły odpowiednich kroków - duchowny mówi w rozmowie z o2.pl.

Ksiądz o tragedii w Andrychowie. "To nie znieczulica". Wskazuje na służby
Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski skomentował tragedię w Andrychowie (AKPA, PAP)

We wtorkowy poranek 28 listopada w drodze na przystanek, z którego miała pojechać do szkoły w pobliskich Kętach, Natalia nagle źle się poczuła. Zdążyła zadzwonić do ojca i powiedzieć mu, że nie wie, gdzie się znajduje. Mężczyzna natychmiast ruszył na poszukiwania córki. Około godziny 9:00 ojciec dziewczynki zajechał na komisariat policji i poinformował o zaginięciu dziecka.

Około 13.30 Natalię znalazł pan Rafał, przyjaciel ojca dziewczyny. 14-latka siedziała przy billboardzie reklamowym przed supermarketem w centrum miasta, zaledwie 500 metrów od komisariatu. Mężczyzna zaniósł zziębniętą Natalkę do sklepu, gdzie udzielono jej pierwszej pomocy i wezwano pogotowie. Niestety, Natalia zmarła następnego dnia w szpitalu.

W piątek przedstawiono wstępne wyniki sekcji zwłok 14-latki. - Jako wstępna przyczyna została wskazana przez biegłych śmierć mózgowa, która nastąpiła na skutek obrzęku mózgu, który został spowodowany masywnym krwawieniem śródmóżdżkowym - poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Krakowie Janusz Kowalski. W czasie sekcji wykryto również cechy wyziębienia organizmu.

Tragedia wstrząsnęła całą Polską. Pojawiają się pytania, jak to możliwe, że nieprzytomne dziecko spędziło kilka godzin w uczęszczanym miejscu, niedaleko przystanku i pawilonów usługowych, tuż przy parkingu popularnego sklepu. Ludzie mówią o wszechobecnej znieczulicy, która miała przyczynić się do śmierci dziewczynki.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Zobacz także: Jak pomóc osobie skrajnie wychłodzonej? Radzi ratownik medyczny

Zgoła inaczej na całą sprawę patrzy ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, duchowny katolicki obrządków ormiańskiego i łacińskiego, duszpasterz osób niepełnosprawnych. Duchowny dobrze zna Andrychów, niegdyś mieszkał niedaleko tej niewielkiej miejscowości, dlatego ta tragedia szczególnie go poruszyła.

Tragedia w Andrychowie. Duchowny: To nie znieczulica

W rozmowie z o2.pl kapłan zauważa, że mówienie o znieczulicy w tym przypadku jest zbyt daleko idące. Jego zdaniem mieszkańcy Andrychowa mieli prawo nie zareagować na widok nastolatki z telefonem w ręku, siedzącej w pobliżu przystanku, w dodatku schowanej za reklamą na kółkach.

Zbyt łatwe jest mówienie, że to znieczulica społeczna. Ja staram się wczuć w sytuację takiego człowieka, który mieszka w mieście i nie ma żadnej informacji o tym, że zaginęło dziecko. Z doniesień mediów wynika, że dziewczynka siedziała za billboardem, tak jakby na kogoś czekała. Przed południem ludzie są w pracy, idą do szkoły, trudno w takiej sytuacji liczyć na reakcję społeczeństwa - mówi nam ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

Duchowny podkreśla, że zupełnie inaczej oceniałby sytuację w przypadku, gdyby dziewczynka leżała na chodniku, a ludzie lekceważąco by ją omijali. - Wtedy można by mówić o znieczulicy, dla takiego zachowania nie ma usprawiedliwienia - wskazuje nasz rozmówca.

"Dlaczego nie puszczono żadnego alertu?"

Zdaniem ks. Isakowicza-Zaleskiego winy za tragedię w pierwszej kolejności należałoby się doszukiwać w opieszałości służb. Kapłan zaznacza, że nie zna szczegółowych okoliczności zdarzenia, a swoje informacje czerpie z mediów, jednak nie może oprzeć się wrażeniu, że policja mogła zrobić w tej sprawie więcej.

Ja bym zaczął od tego, że po zgłoszeniu ojca na policję służby nie podjęły odpowiednich kroków. To budzi największe wątpliwości. Policja ma ogromne możliwości. Gdyby został wysłany komunikat, alert na telefony komórkowe i media społecznościowe, finał sytuacji byłby prawdopodobnie inny - mówi kapłan.
Był taki przypadek w Sosnowcu, że mężczyzna porwał dziewczynkę. Wtedy wszędzie pojawiły się o tym informacje, czyli taki system funkcjonuje. Dlaczego w przypadku zaginionej 14-latki taki alert momentalnie nie został uruchomiony? - pyta.

Mowa o tzw. child alercie -  systemie natychmiastowego rozpowszechniania wizerunku zaginionego dziecka za pośrednictwem dostępnych mediów. Choć system do tej pory był stuprocentowo skuteczny, z jakiegoś powodu jest bardzo rzadko stosowany. Dotąd w Polsce wykorzystano go zaledwie sześć razy, choć działa w naszym kraju od 2013 roku.

Gdyby taka informacja się pojawiła, to ludzie byliby wrażliwi, rozglądaliby się na ulicy. Ale jeżeli dziewczynka siedziała gdzieś z boku, to trudno oczekiwać od ludzi, żeby - nie wiedząc o poszukiwaniach - zareagowali na siedzącą gdzieś nastolatkę.

Ks. Isakowicz-Zaleski uważa ponadto, że po wpłynięciu na komisariat informacji o zaginięciu dziecka służby powinny wysłać jak najwięcej patroli w uczęszczane miejsca. Ostatecznie jednak dziewczynka została znaleziona przez kolegę ojca, w dodatku w pobliżu komendy.

Andrychów nie jest dużym miastem. Wystarczyłoby kilka patroli policji i strażaków, którzy przecież też są wyszkoleni do udziału w takich akcjach, by objechać całe miasto i przy okazji puszczać wśród ludzi chociażby ustną informację o poszukiwaniach - podsumowuje nasz rozmówca.

Kontrola komisariatu w Andrychowie

Jak dowiedziała się "Gazeta Wyborcza", małopolska komenda wojewódzka wszczęła kontrolę na Komendzie Powiatowej Policji w Andrychowie, gdzie po pomoc zwrócił się ojciec 14-latki. Na ten moment nie wiadomo, jakie procedury wszczęto po zgłoszeniu, ani jaki stopień poszukiwań dziewczynki ogłosiła policja.

Komendant wojewódzki przeanalizuje działania, jakie podjęli andrychowscy policjanci. Z informacji dziennikarzy "Gazety Wyborczej" wynika, że komunikat o zaginięciu dziewczynki pojawił się na stronie policji dopiero ok. godziny 13:00, czyli tuż przed znalezieniem nieprzytomnej Natalii przez znajomego jej ojca.

Sonia Stępień, dziennikarka o2.pl

Oceń jakość naszego artykułu:

Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Zobacz także:
Oferty dla Ciebie
Wystąpił problem z wyświetleniem strony Kliknij tutaj, aby wyświetlić