"Nie krzyczała". Śmiertelny atak niedźwiedzia. Wstrząsające kulisy
Ta tragedia na Podkarpaciu wstrząsnęła Polską. 23 kwietnia pani Edyta została śmiertelnie zaatakowana przez niedźwiedzia. - Musiał ją szybko zabić, dlatego że nie krzyczała. - mówi w rozmowie z nowiny24.pl Paweł Winkowski, brat zmarłej kobiety.
Serwis ustalił, że przy 58-letniej pani Edycie nie znaleziono butli z gazem, służącej do obrony przed niedźwiedziami. Niedługo przed śmiercią, na szkoleniu z pierwszej pomocy, kobieta miała zapewniać, że ją posiada.
Teraz o szczegółach śmiertelnego ataku opowiedział brat ofiary.
Mam nadzieję, że siostra długo się nie męczyła, ale wszystko wskazuje na to, że niedźwiedź musiał ją szybko zabić, dlatego że nie krzyczała. Gdyby nie telefon do syna, to Dawid by nawet nie wiedział, gdzie jest mama - zaznaczył.
Tam nastąpił atak. "Widzieli buty"
Do koszmarnego zdarzenia w rozmowie z nowiny24.pl odniósł się też Wojciech Jankowski, rzecznik prasowy Nadleśnictwa Lesko. Zdementował plotki o tym, ze kobieta weszła na teren młodnika i tam doszło do ataku.
Atak nastąpił poza zwartym młodnikiem, który rzeczywiście występuje w sąsiedztwie. Wiemy, że niedźwiedź zaatakował ofiarę i wciągnął ją do młodnika. Świadkowie, którzy byli na miejscu mówili, że widzieli buty wystające poza jego obszar - zaznaczył.
Jednocześnie przekazał, że z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuszczać, że agresorem był "pojedynczy, duży samiec, który był widywany na tamtym terenie".
Jest on regularnie obserwowany i rejestrowany na fotopułapkach. Dla uzupełnienia dodam, że bytuje na tym terenie też niedźwiedzica z dwoma lub trzema młodym - podkreślił.