Przyjęcie komunijne bez zapłaty. Szok, ile straciła restauratorka
Właścicielka restauracji La Trattoria Marcello & Giulia w Olszewicy Starej została z niezapłaconym rachunkiem na 5,7 tys. zł po przyjęciu komunijnym dla 23 osób. Jak relacjonuje w rozmowie z "Faktem", klient zapewniał o przelewie, pokazywał potwierdzenie na telefonie, a mimo to pieniądze nie trafiły na jej konto.
Julia Novosad podała dla Fakt.pl, że klient zadzwonił do niej 10 maja br., deklarując, iż wysłał przelewem zaliczkę za przyjęcie na 23 osoby. Restauratorka przyznała, że przy natłoku pracy nie kontrolowała konta bankowego tak często, jak zwykle.
Gdy w końcu właścicielka kilkukrotnie usiłowała zweryfikować przelew i dopytywała klienta, słyszała kolejne zapewnienia, że pieniądze są już "w drodze". Jak podaje tabloid, tuż przed komunią mężczyzna sam telefonicznie zaproponował, że zamiast czekać na księgowanie w banku, zapłaci na miejscu, a gdyby jednak jego przelew się odnalazł, restauracja ma mu go zwrócić.
Novosad mówiła "Faktowi", że taka formuła od początku budziła jej wątpliwości, ale okoliczność rodzinnej uroczystości uśpiła czujność.
Przyjęcie komunijne bez zapłaty. Szok, ile straciła restauratorka
Przyjęcie zorganizowano 23 maja. Właścicielka La Trattoria Marcello & Giulia przekazała "Faktowi", że klient przyszedł w trakcie intensywnej pracy przy wydawaniu zamówień na komunii i deklarował, że szybko ureguluje całość kwoty. Miał przy tym pokazywać na telefonie potwierdzenie wykonania przelewu.
Restauratorka tłumaczyła tabloidowi, że prosiła o przesłanie potwierdzenia SMS-em lub e-mailem, aby zachować je w dokumentacji i równocześnie dopiąć umowę. Z jej relacji wynikało, że mężczyzna zbywał te prośby i do końca uroczystości nie przekazał żadnego potwierdzenia w formie, którą można byłoby zachować.
Dzisiaj wiem, że trzeba było powiedzieć: "nie wyjdziecie stąd, dopóki nie zapłacicie" - mówiła Julia Novosad w rozmowie z "Faktem".
Umowa, niepełne dane i rozbieżności w dokumentach
Novosad podkreślała w rozmowie z "Faktem", że na co dzień nie opiera rozliczeń wyłącznie na deklaracjach klientów, tylko dąży do jasnego schematu: faktura i wpłata. W tym przypadku sytuację komplikował termin wydarzenia: przyjęcie wypadało w piątek, a przelew z końcówki tygodnia mógłby zostać zaksięgowany dopiero po weekendzie.
Ostatecznie umowa została podpisana, ale właścicielka przyznała tabloidowi, że w zamieszaniu związanym z obsługą imprezy nie wychwyciła kilku sygnałów ostrzegawczych. Dokument miał mało danych identyfikacyjnych. Dodatkowo informacje widoczne na potwierdzeniu przelewu, które finalnie dostała, nie zgadzały się z danymi z umowy.
Gdy pieniądze nadal nie pojawiały się na koncie, mężczyzna miał tłumaczyć to problemami po stronie banku. Restauratorka skontaktowała się ze swoim bankiem, by sprawdzić, czy taki przelew w ogóle został zainicjowany z konta klienta. Jak mówiła "Faktowi", za tę weryfikację zapłaciła 25 zł. Wtedy miała już pewność, że padła ofiarą oszustwa i że odzyskanie kwoty może być bardzo trudne.
Zgłoszenie na policję i co dalej z odzyskaniem 5,7 tys. zł
Po uświadomieniu sobie skali problemu Novosad poszła na policję. Jak opowiadała "Faktowi", miała zgromadzone materiały, m.in. screeny oraz nagrania wideo. Usłyszała jednak, że skoro strony podpisały umowę, sprawa ma charakter cywilnoprawny, a droga ma prowadzić przez sąd i ewentualnie komornika.
Restauratorka skonsultowała się z adwokatem. Z jej relacji wynikało, że koszt przygotowania pozwu miał wynieść 350 zł, a do tego dochodziła opłata sądowa rzędu ok. 30–80 zł. Podkreślała jednak, że to dopiero początek wydatków, bo później pojawiają się koszty postępowania komorniczego.
Problemem okazały się też dane klienta. Novosad przyznała w rozmowie z "Faktem", że restauracja nie miała w pełni zweryfikowanych informacji o mężczyźnie, a pod wskazanym adresem nie udało się go znaleźć. Właścicielka mówiła również o próbach ustalenia miejsca pobytu m.in. w rejonie Wieliszewa i Legionowa, ale bez efektu. W jej ocenie, nawet wyrok sądu nie musi przełożyć się na skuteczną egzekucję, jeśli brakuje aktualnych danych.
Prawnik o kwalifikacji czynu i "papierze", który zostaje
W tekście "Faktu" sprawę skomentował Michał Plewiński z profilu Prosto o Prawie. Wyjaśniał, że gdy ktoś idzie do restauracji, zjada i wychodzi bez zapłaty, można mówić o szalbierstwie, czyli wykroczeniu opisanym w art. 121 § 2 Kodeksu wykroczeń. Zaznaczał też, że kary za takie czyny zwykle nie są wysokie i mogą kończyć się mandatem oraz obowiązkiem naprawienia szkody.
Prawnik wskazywał jednak tabloidowi, że opisany przez restauratorkę przypadek wygląda poważniej: w grę ma bowiem wchodzić zawarcie umowy, podanie fałszywych danych i posłużenie się nieprawdziwym potwierdzeniem przelewu. W takiej konfiguracji Plewiński oceniał, że bliżej temu do oszustwa, za które grozi kara pozbawienia wolności od sześciu miesięcy do ośmiu lat.
Plewiński mówił też "Faktowi", że policja nie powinna odsyłać osoby zgłaszającej podejrzenie przestępstwa bez formalnej decyzji o wszczęciu postępowania albo odmowie. Dlatego doradzał, by w podobnych sytuacjach składać zawiadomienie pisemnie, listem poleconym, tak by pozostał ślad, do którego instytucje muszą się odnieść.