65-letni Michael Hewitt, przez bliskich nazywany "Małym Mickiem", zaginął 21 czerwca. Wtedy po raz ostatni kontaktował się z bliskimi.
Mężczyzna wybrał się w podróż do Stanów Zjednoczonych, by kibicować reprezentacji Anglii podczas spotkania z Ghaną 23 czerwca. 65-latek miał lecieć z Barcelony do Bostonu, ale - jak się okazało - zgubił telefon, a wraz z nim - bilety lotnicze. W związku z tym mężczyzna utknął w stolicy Katalonii.
Zgubił telefon wkrótce po przyjeździe do Barcelony i nie znał żadnego z zapisanych w nim numerów telefonów – wyjaśnił Gary, brat mężczyzny, w rozmowie z "US Sun".
Jak podkreślił, 65-latek "nie pomyślał, żeby pójść do ambasady, bo miał jeszcze paszport i pieniądze, nie sądził więc, że będą nim zainteresowani".
"Nieświadomy, że cały świat go szuka"
Według "Le Parisien" bliscy 65-latka skontaktowali się z Gwardią Cywilną i Interpolem. Nagłośnili też sprawę w mediach społecznościowych. Po kilku dniach ustalono, że mężczyzna nie dotarł do USA.
65-latek nie miał dostępu do internetu, więc nie wiedział, że rodzina rozpaczliwie go poszukuje. Postanowił zostać w Barcelonie, ciesząc się chwilą i korzystając z uroków miasta.
Na początku lipca brat mężczyzny przekazał dobre wieści. Po dziesięciu dniach "Mały Mick" został odnaleziony - cały i zdrowy. Ambasada brytyjska w Hiszpanii, która również brała udział w poszukiwaniach, zdołała namierzyć mężczyznę, identyfikując hotel, w którym się zatrzymał.
65-latek spędzał czas... w pubie w Barcelonie.
Mały Mick jest cały i zdrowy w Barcelonie, zupełnie nieświadomy, że cały świat go szuka – napisał brat 65-latka na Facebooku.
"Jako rodzina rozpaczliwie pragnęliśmy, żeby ten koszmarny epizod miał żenująco proste, ale szczęśliwe zakończenie i teraz je mamy" – podkreślił Gary.