Sobota, jesienne popołudnie w Nowym Sączu. 51-letni mężczyzna spaceruje z psem. Planuje przejść na drugą stronę dwupasmowej, jednokierunkowej jezdni. Przepuszczony przez pierwsze auto, wchodzi na pasy. Nie spodziewa się, że zaraz stanie się ofiarą szaleńczej jazdy pirata drogowego.
W spacerowicza wchodzącego na drugi pas jezdni z ogromną siłą uderza Volkswagen prowadzony przez 21-latka, który – jak wynika z ustaleń Wirtualnej Polski – ściga się z 20-letnim kierowcą BMW. Siła uderzenia jest tak wielka, że ciało 51-latka przelatuje w powietrzu kilka metrów. Mężczyzna ginie na miejscu. Film z dramatycznego wypadku trafia do mediów społecznościowych. Internauci wyrażają oburzenie. Wraca dyskusja o "surowej karze" - Jak za zabójstwo – grzmią komentujący. Jest głośno.
Wypił butelkę wódki i wsiadł za kierownicę. Ile jeszcze musi zginąć osób?
Tyle tylko, że za kilka dni temat ucichnie, a sceny (poza drastycznym efektem) z Nowego Sącza to smutna codzienność drogowa. Kierowcy w Polsce nagminnie nie przestrzegają zasad bezpiecznej jazdy. Popisują się brawurą, regularnie przekraczają prędkość. Wyprzedzają na przejściu dla pieszych i wjeżdżają za zamykające się rogatki. Przykład?
Dzień przed tragicznym wypadkiem w Nowym Sączu przechodziłem przez podobne przejście dla pieszych - w Toruniu. Szedł ze mną 4-letni syn. Dwa pasy w jedną stronę. Kierowca nadjeżdżającego auta zgodnie z przepisami zatrzymał się, aby nas przepuścić. Nauczony doświadczeniem rozejrzałem się, czy aby zza stojącego samochodu nie nadjedzie inny pojazd. Miałem rację.
Z impetem przez pasy przejechała kobieta, która nawet mnie nie zauważyła. Była zdziwiona, że mam do niej pretensje. Ot, codzienność. Regularnie widzę, jak kierowcy wyprzedzają się bezrefleksyjnie na pasach. Gdyby nie nadmiarowa zachowawczość, ja albo mój 4-latek mogliśmy skończyć jak 51-latek w Nowym Sączu.
Gdy w mediach społecznościowych opisałem tę sytuację, część kierowców zaczęła publikować komentarze, w których chwaliła moją samozachowawczość, ganiąc jednocześnie 51-latka za "bezrefleksyjne wtargnięcie na przejście dla pieszych". Tylko czy pieszy nie powinien czuć się na pasach swobodnie, bez strachu, że zaraz uderzy w niego nadjeżdżające, wyprzedzające auto?
Polacy potrafią posługiwać się kierownicą, panują nad autem, ale nadal nie potrafią jeździć bezpiecznie. To uogólnienie, które ma jednak uzasadnienie w statystykach. Chociaż liczba wypadków śmiertelnych w Polsce powoli spada, nadal jesteśmy na szarym końcu unijnego zestawienia. W 2024 roku mieliśmy 52 drogowe ofiary śmiertelne na milion mieszkańców. W Niemczech liczba ta wynosi 33, w Czechach 45, a na Słowacji 48. Najbezpieczniej w Europie jeżdżą Szwedzi. Tam na milion mieszkańców, na drogach ginie 20 osób rocznie.
Mamy coraz lepsze drogi i sprawniejsze, bezpieczniejsze samochody. To prawda. Jednak mimo to regularnie na naszych drogach giną piesi, a dane Instytutu Transportu Samochodowego (ITS) z 2025 pokazują, że tylko 21,1 proc. Polaków respektuje ograniczenie prędkości.
Brawurę nazywamy "dynamiczną jazdą". Mamy pretensje do policji, że bada trzeźwość rano albo w nocy. Kierowców jadących przepisowe 50 km/h w terenie zabudowanym nazywamy "zamulaczami" (70 proc. wypadków w Polsce ma miejsce w obszarach zamieszkania). Migamy długimi światłami kierowcom, którzy wyprzedzają inne auta autostradą z dozwoloną prędkością 140 km/h. Jeździmy też na zderzaku i parkujemy, gdzie popadnie.
I chociaż powoli wzrasta drogowa kultura (nauka jazdy na suwak, uprzejmość względem rowerzystów), to cały czas zamiast szanowania zasad współżycia drogowego (gdzie uczestnikami ruchu są pieszy, rowerzysta, motocyklista i kierowca samochodu), w Polsce powstają grupy samozwańczych "obrońców drogowej wolności", którzy chcą podwyższyć na autostradach prędkość (najwyższą w Unii Europejskiej), a osoby, które przechodzą przez przejście dla pieszych zgodnie z przepisami, nazywają "zombie".
Wątpię, że szybko przyjdzie tu diametralna zmiana. Kursy dla przyszłych kierowców skupiają się na zdaniu egzaminu, a nie nauce bezpiecznej jazdy. Nadal nie ma obowiązkowych zajęć na płytach poślizgowych. Kursantom nie pokazuje się nagrań z najbardziej brutalnych wypadków.
O wypadku z Nowego Sącza zaraz zapomnimy. Tak jak o wypadku Huberta B. w Krakowie czy wielu innych, skandalicznych scenach z udziałem piratów drogowych. Za kilka dni albo tygodni przeczytamy o kolejnym "brawurowym rajdzie" i śmiertelnej ofierze na drodze. O koniecznej walce z drogowymi bandytami. I nic z tego nie wyniknie, jeżeli nie dojdzie do systemowej zmiany w szkoleniu kierowców.