Rośnie napięcie przed 7 czerwca. "Rosja zachowuje się nerwowo"
- Uważam, że są to niezwykle ważne wybory - mówi przed wyborami parlamentarnymi w Armenii Wojciech Górecki, ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich. Już w niedzielę 7 czerwca Ormianie zdecydują, czy nadal chcą podążać na Zachód, czy wrócą do współpracy z Rosją.
- To cykl "Blisko Świata", w ramach którego piszemy na o2.pl o kryzysach humanitarnych, konfliktach zbrojnych i innych ważnych wydarzeniach w różnych zakątkach globu.
- W tym odcinku rozmawiamy z Wojciechem Góreckim, głównym specjalistą w Zespole Turcji, Kaukazu i Azji Centralnej Ośrodka Studiów Wschodnich.
- 7 czerwca w Armenii odbędą się wybory parlamentarne. Rosja próbuje wpłynąć na wyniki, stosując m.in. szantaż. Obecne władze Armenii obrały proeuropejski kurs. Władzę mogą jednak przejąć partie sprzyjające Moskwie.
- - Obserwuję sytuację na Kaukazie od ponad 30 lat i uważam, że są to niezwykle ważne wybory - twierdzi nasz rozmówca.
WAŻNE. Rozmowa odbyła się 29 maja. Wojciech Górecki jest obserwatorem wyborów w Armenii.
Rafał Strzelec, dziennikarz o2.pl: Partia Nikola Paszyniana - Umowa Społeczna prowadzi w sondażach, mając od 25 do 33 proc. poparcia. Grupa trzech prorosyjskich partii notuje od 4 do 11 proc. Kto Pana zdaniem uzyska władzę 7 czerwca?
Wojciech Górecki, ekspert OSW: W mojej opinii możliwe są dwa scenariusze. Pierwszy, mniej prawdopodobny zakłada, że Umowa Społeczna przegrywa, ponieważ trzy prorosyjskie partie przekraczają próg wyborczy, wynoszący 4 procent. Warto tu wspomnieć o specyfice ordynacji wyborczej. Jeżeli próg przekroczą tylko dwie partie, to trzeciej automatycznie przypada część głosów, ponieważ w parlamencie muszą zasiadać co najmniej trzy siły polityczne. Załóżmy jednak na moment, że wchodzą cztery ugrupowania: Umowa Społeczna, Silna Armenia, Sojusz Armenia oraz Kwitnąca Armenia. Jeśli ostatnie trzy formacje opozycyjne uzyskają sumarycznie więcej mandatów, sytuacja staje się jasna. Przejmą władzę.
Drugi, bardziej prawdopodobny scenariusz zakłada wygraną Umowy Społecznej, ale tutaj mamy dwa podwarianty. W pierwszym partia rządząca zdobywa bezpieczną większość i rządzi samodzielnie. W drugim - wygrywa wybory jako pojedyncze ugrupowanie, tak jak PiS w ostatnich wyborach parlamentarnych w Polsce, ale opozycja ma w sumie więcej mandatów i to ona tworzy rząd, mimo że na Umowę Społeczną zagłosowało najwięcej obywateli. Wszystkie sondaże pokazują, że partia Paszyniana ma największe poparcie, ale kluczowy jest ogromny odsetek osób niezdecydowanych lub odmawiających odpowiedzi. A partia rządząca rzadko kiedy przekracza 30 proc. poparcia.
Sytuacja na granicy z Białorusią. Ujawniono dane o migrantach
W sondażach od 30 do nawet 40 proc. wyborców jest niezdecydowanych lub odmawia odpowiedzi. Z czego to wynika?
Z rozczarowania polityką jako taką oraz ze zwykłego zmęczenia. Ormianie przeżyli w ostatnich latach kilka ogromnych traum m.in. porażkę militarną z Azerbejdżanem oraz faktyczną utratę kontroli nad Górskim Karabachem. Pojawiło się poczucie, że naród stracił siłę sprawczą, będącą motorem demokracji. To wszystko przekłada się na niską aktywność polityczną. Nie oznacza to oczywiście, że w dniu wyborów ta frekwencja nie wzrośnie i nie wpłynie na ostateczny wynik.
Głównym powodem niechęci Ormian jest także nieskuteczność w realizacji fundamentalnych celów państwa armeńskiego. W tej rzeczywistości Nikol Paszynian jako lider, który ma konkretną wizję, niezależnie od tego, czy ona się komuś podoba, czy nie, cieszy się największym poparciem. Niemniej jednak nawet dla niego te wskaźniki są stosunkowo niskie, co widać w sondażach.
Dlaczego partie prorosyjskie wciąż utrzymują poparcie w Armenii? Moskwa nie broniła Ormian, kiedy zaatakowali ich Azerbejdżanie. Polityka Kremla wobec Kaukazu zawsze polegała na prostej zasadzie - dzielić ludy kaukaskie, być arbitrem w ich sprawach i rozstrzygać spory tak, by trzymać wszystkich w garści.
Myślę, że wynika to z zakorzenionego w podświadomości przekonania, że Rosja jest tradycyjnym obrońcą Ormian. Te nastroje sięgają jeszcze połowy XIX wieku, kiedy administracja carska stawiała na Ormian jako lojalnych obywateli, a oni sami widzieli w Moskwie protektora przed muzułmańskimi sąsiadami.
Rzeczywiście Rosja nie wywiązała się ze swoich zobowiązań ani wynikających z układów dwustronnych, ani w ramach Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, czyli takiego "postsowieckiego NATO". Kiedy we wrześniu 2022 r. zaatakowano cele na terytorium samej Armenii, Moskwa nie zareagowała, mimo istnienia zapisów o wzajemnej pomocy w przypadku agresji na jednego z członków. Jeśli chodzi o Górski Karabach, to Władimir Putin stwierdził kiedyś cynicznie, że skoro sama Armenia nigdy nie uznała jego niepodległości, to niech nie ma do nikogo pretensji. Ormianie mieli jednak nadzieję, że rosyjski parasol ochronny obejmie również Górski Karabach.
Przez te wydarzenia Rosja bardzo straciła w oczach Ormian. W sondażach zaczęła być wymieniana jako jedno z państw zagrażających bezpieczeństwu Armenii – zaraz po Azerbejdżanie i Turcji. Mimo to w społeczeństwie wciąż tli się wizja armeńsko-rosyjskiej wspólnoty chrześcijańskiej, przyjaźni i wspólnej historii. Choć rosyjscy politycy otwarcie straszą dziś Armenię odcięciem gazu oraz blokują import armeńskich owoców, koniaków czy win, ich oświadczenia wciąż są pełne frazesów o "przyjaźni między bratnimi narodami". Część ludzi w to wierzy. Jest też drugie dno.
Jakie?
Naturalne zużywanie się władzy. Nikol Paszynian rządzi już od ośmiu lat. Jeśli wygra te wybory, jego rządy potrwają łącznie trzynaście lat. Byłyby to najdłuższe rządy w historii nowoczesnej Armenii. Ludzie są już po prostu zmęczeni tą samą twarzą i oczekują zmian.
Tymczasem lider Silnej Armenii Samwel Karapetian to rosyjsko-armeński oligarcha, który dotychczas nie uczestniczył bezpośrednio w krajowej polityce. A Robert Koczarian z partii Sojusz Armenia przestał być prezydentem w 2008 r., czyli niemal 20 lat temu. Części wyborców kojarzy się z okresem dawnego triumfu militarnego, dlatego wciąż utrzymuje się w miarę wysoko w sondażach. Zmęczenie Paszynianem i poszukiwanie alternatywy wzmacniają pozycję tych polityków. Trzeba jednak pamiętać, że obecne sondaże pokazują, iż większość Ormian opowiada się za koniecznością dogadania się z sąsiadami, a postacie takie jak Koczarian nie są postrzegane jako patroni takich kompromisów.
Rosja w ostatnich dniach grozi Armenii drastyczną podwyżką cen gazu czy też utratą możliwości bezcłowego handlu w ramach Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej. Władimir Putin posunął się nawet do stwierdzenia, że "kryzys w Ukrainie rozpoczął się od starań o przystąpienie do UE". Obecnie widać, że Erywań zbliża się do Wspólnoty. Czy widać już bezpośrednie naciski Rosji na Armenię?
Rosja już teraz wysłała stosowne pismo do władz w Erywaniu z groźbą podniesienia cen gazu, choć fizycznie jeszcze tego kroku nie podjęła. Wpisuje się to w klasyczne rosyjskie modus operandi. To próba wywarcia nacisku na wyborców, by zagłosowali zgodnie z oczekiwaniami Moskwy, choć w tym przypadku może to przynieść skutek odwrotny do zamierzonego.
Jeśli chodzi o szantaż energetyczny, to sytuacja Armenii uległa zmianie. Ostatnio Erywań nawiązał relacje gospodarcze z Azerbejdżanem, w efekcie czego na armeńskich stacjach spadły ceny benzyny, bo paliwo zaczęło płynąć także z tego kierunku. Paradoksalnie, w przypadku odcięcia dostaw przez Moskwę, Azerbejdżan mógłby wesprzeć Armenię, przesyłając jej gaz. Wydaje się, że jest to technicznie wykonalne.
Premier Paszynian bardzo słusznie zauważył, że zachowanie Moskwy nie przypomina dialogu między sojusznikami. Armenia przecież formalnie pozostaje w strukturach prorosyjskich, nie wypowiada umów i deklaruje, że rosyjska baza wojskowa pozostanie na jej terytorium do końca ustalonego traktatem terminu. Tymczasem to Rosja zachowuje się nerwowo i straszy podwyżkami cen. Widać w tym ogromną frustrację i próbę pokazania siły. To polityka imperialna, niepasująca do formalnie sojuszniczych relacji, co moim zdaniem tylko odpycha od Rosji kolejnych Ormian.
Rosja próbowała wpływać poprzez dezinformację czy przekupstwa na wybory w Mołdawii. Czy jest w stanie czynić to również w stosunku do Armenii?
Między Armenią a Mołdawią występuje zasadnicza różnica. W Mołdawii kluczową rolę odegrała diaspora głosująca za granicą. W Armenii prawo nie zezwala na głosowanie poza krajem. Gdyby istniała taka możliwość, diaspora - w dużej mierze krytyczna wobec obecnego premiera - prawdopodobnie pozbawiłaby Paszyniana jakichkolwiek szans na wygraną. Poza granicami nikt jednak nie zagłosuje. Słyszy się co prawda o planach masowego dowożenia wyborców, zwłaszcza z Gruzji, gdzie mieszka około 25–30 tysięcy gruzińskich Ormian posiadających armeńskie obywatelstwo i raczej przychylnych opozycji. Parę tysięcy ludzi można fizycznie przetransportować, ale reszta licznej diaspory na świecie nie weźmie udziału w głosowaniu.
Donald Trump poparł Nikola Paszyniana. Czy dla Ormian ma to znaczenie?
Dla Paszyniana to raczej duży plus. Armenia jest małym państwem, położonym na marginesie głównego zainteresowania światowych mocarstw. Sam fakt, że przywódca najpotężniejszego kraju na świecie publicznie wymienia jej premiera z nazwiska, automatycznie podnosi rangę tego państwa na arenie międzynarodowej. Jeśli dodatkowo go wspiera, działa to jednoznacznie na jego korzyść.
Warto zauważyć, że w tym roku mieliśmy już w Armenii dwie wizyty na bardzo wysokim szczeblu. Wiosną w regionie gościł wiceprezydent J.D. Vance, a zaledwie kilka dni temu w Erywaniu wylądował sekretarz stanu Marco Rubio, który rozmawiał z armeńskim ministrem spraw zagranicznych, Araratem Mirzojanem. Do tego na początku maja odbył się w Armenii szczyt Unia Europejska-Armenia oraz spotkanie Europejskiej Wspólnoty Politycznej. To są niezwykle mocne, namacalne sygnały wsparcia dla rządu w Erywaniu.
Opozycja i przeciwnicy Paszyniana będą to interpretować negatywnie, twierdząc, że Europa chce Armenię kupić lub przekupić. Jednak dla tych obywateli, dla których relacje z Zachodem są ważne, te gesty mają ogromne, pozytywne znaczenie.
Czy 7 czerwca obywatele Armenii dokonają wyboru między Wschodem i Zachodem? Między Rosją i Europą? Czy dla samych Ormian ma to znaczenie?
Obserwuję sytuację na Kaukazie od ponad 30 lat i uważam, że są to niezwykle ważne wybory, a sami Ormianie doskonale to rozumieją. Większość narodu ma już serdecznie dość rosyjskiej kurateli. Z moich rozmów z mieszkańcami Armenii, a byłem tam w tym roku już dwukrotnie, wynika, że większość chce zbliżenia z Zachodem.
Młodsze pokolenie ludzi, którzy kończyli studia za granicą, widzi przyszłość Armenii w Europie - czy to w formie członkostwa w Unii Europejskiej, czy bliskiego stowarzyszenia. Paszynian zapowiedział niedawno, że w 2028 r. nastąpi zniesienie wiz dla Ormian do strefy Schengen. Musiał to oprzeć na konkretnych danych z negocjacji z organami unijnymi. Dla tego niespełna trzymilionowego narodu otwarcie granic to kierunek, który absolutnie chcą rozwijać.
Ormianom nie zależy na niszczeniu relacji z Rosją z powodów historycznych i kulturowych. Jeśli jednak chodzi o przyszłość polityczną, to zdecydowana większość moich rozmówców chciałaby, aby kraj zbliżał się do Unii Europejskiej. Przez lata sojusz z Rosją traktowano jako zło konieczne i stan zastany. Pozycjonowanie Armenii jako "fortecy Rosji na Kaukazie" nigdy nie było dla tego narodu wygodne ani bezpieczne.
Klęska w konflikcie z Azerbejdżanem i fakt, że Gruzja zaczyna oddalać się od Zachodu, stworzyły dla Armenii przestrzeń. Choć fizycznie nie graniczy ona z żadnym państwem UE i Europa nie jest w stanie obronić jej militarnie, to możemy wysyłać tam misje wspierające. Na miejscu działa już cywilna misja EUMA. Po wyborach planowana jest kolejna. Odbyła się też krótka misja wzmacniająca odporność państwa, a Francja pomaga Armenii na podstawie umów dwustronnych. Kluczowe będą również relacje z sąsiadami. Choć brzmi to paradoksalnie, to Turcja jako członek NATO staje się w pewnym stopniu elementem gwarantującym stabilność i bezpieczeństwo Armenii. Ten zachodni kierunek jawi się więc dla większości społeczeństwa jako jedyna perspektywa postępu.