Rzeź Woli. Grób dzieci z Cmentarza Prawosławnego i belgijski świadek mordu

W pierwszych dniach sierpnia 1944 r., podczas Powstania Warszawskiego, niemieckie oddziały rozpoczęły masowe egzekucje cywilów na warszawskiej Woli. Według różnych szacunków zginęło tam od 40 do 60 tys. mieszkańców dzielnicy. Wśród dramatycznych świadectw pojawia się także opis mordu dzieci, których grób znajduje się na Cmentarzu Prawosławnym na Woli przy cerkwi św. Jana Klimaka. Świadkiem zbrodni był belgijski żołnierz Wehrmachtu, Matthias Schenk.

Mathias Schenk, świadek rzezi Woli i mordu na dzieciachMathias Schenk, świadek rzezi Woli i mordu na dzieciach
Źródło zdjęć: © Wikipedia
Maciej Gąsiorowski

Rzeź Woli była częścią działań okupanta po wybuchu Powstania Warszawskiego. Akcja mordów na cywilach wynikała z rozkazu zniszczenia miasta i zabijania mieszkańców, przekazanego przez kierownictwo III Rzeszy. W praktyce oznaczało to masowe egzekucje ludzi wyciąganych z domów, szpitali i piwnic. Za symboliczną datę rzezi uznaje się 5 sierpnia 1944 r.

Kto dokonał zbrodni na Woli?

Za pacyfikację odpowiadały przede wszystkim oddziały SS i niemieckiej policji. Opisy wydarzeń wymieniają m.in. gen. mjr policji Heinza Reinefartha jako dowódcę sił, które na Woli prowadziły działania przeciw powstańcom, a jednocześnie dokonywały egzekucji cywilów. Wśród formacji obecnych na miejscu pojawiają się również jednostki związane z Oskarem Dirlewangerem oraz inne oddziały pomocnicze. Reinefarth skarżył się wówczas przełożonym, iż ma "więcej zatrzymanych niż amunicji".

Ile było ofiar rzezi Woli?

W masowych egzekucjach na Woli zamordowano - według różnych szacunków - od 40 do 60 tys. mieszkańców dzielnicy. W dniach 5-7 sierpnia mogła zginąć większość z nich. Zwyrodnialcy nie oszczędzali kobiet, starców oraz dzieci.

Mord dzieci i świadectwo belgijskiego żołnierza Wehrmachtu

Fundacji Non Notus przywołano relację Matthiasa Schenka, żołnierza Wehrmachtu pochodzącego z Belgii, który widział mord na 140 dzieciach z prawosławnego sierocińca. Pochowane są one w zbiorowej mogile na Cmentarzu Prawosławnym na Woli. Był także świadkiem innych zbrodni, które opisał.

Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w holu i na schodach. Dużo dzieci. Rączki w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, zanim wpadł Dirlewanger. Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po tych schodach. Tam w pobliżu jest teraz tablica, że zginęło 350 dzieci. Myślę, że było ich więcej, z 500 - czytamy w tekście Fundacji Non Notus na Facebooku.

Z tragedii ocalał ks. Mikołaj Lenczewski, wraz ze swoim czteroletnim wówczas synem Mikołajem – późniejszym proboszczem cerkwi św. Jana Klimaka.

Losy Matthiasa Schenka

Żołnierz Wehrmachtu opisywał, że wejścia do domów forsowano siłowo: łomem, trotylem albo wiązką trzech granatów, a przed założeniem ładunku stosowano fortel z "drapaniem" drzwi po przeciwnej stronie, by zmylić osoby nasłuchujące za wejściem. W relacji Schenka pojawia się wątek Starego Miasta, gdzie miał "otworzyć" w ten sposób drzwi powstańczego szpitala. Dalej - jak czytamy - żołnierze formacji Dirlewangera rozstrzelali wszystkich rannych, a następnie dopuścili się przemocy wobec pielęgniarek. Schenk opisywał też kolejne sceny: szpitale, piwnice i ludzi rozstrzeliwanych przez oddziały Oskara Dirlewangera.

W innym fragmencie wspomnień, przytoczonym w materiale Fundacji Non Notus, Schenk relacjonował, że przy szturmach na piwnice kobiety padały ofiarą gwałtów. Opisał również sceny przemocy wobec dzieci i cywilów, w tym zabicie dziewczynki, która miała podniesione ręce i mówiła, że nie jest partyzantką. Jego relacja zawiera także obraz z klasztoru: po wysadzeniu tylnych drzwi Schenk z towarzyszem natknęli się na księdza trzymającego opłatek i kielich. Po pewnym czasie Schenk miał zobaczyć tego duchownego w rękach żołnierzy Dirlewangera, dręczonego i upokarzanego.

W przytoczonym fragmencie pojawia się też historia "maskotki" oddziału - chłopca ok. 12-letniego, który stracił nogę i poruszał się skacząc na jednej. Według relacji esesmani mieli wsunąć mu do torby granaty, a następnie doprowadzić do jego śmierci.

Schenk opisywał również swój stan psychiczny: "W nocy budził się z krzykiem. Majaczył. Niemcy nazywali to: Warschaukoller, czyli warszawski szał" - czytamy w przytoczonym fragmencie.

Odznaczenie i straty w oddziale

W tej samej relacji pojawia się informacja, że za działania w Warszawie Schenk otrzymał Żelazny Krzyż II klasy. Podkreślał też skalę strat: z oddziału, z którym przyjechał do Warszawy, miało zostać trzech żołnierzy.

Pomoc od polskich chłopów

Po upadku Powstania Warszawskiego Schenk miał nadal wysadzać stołeczne kamienice. Następnie uciekał przed Armią Czerwoną. Podczas jednej z potyczek został ranny. Nieprzytomnego Schenka znaleźli w rowie polscy chłopi spod Gniezna. Mieli go nie zabić, a w relacji pojawia się szczegół, że uratował go różaniec od matki.

Dalszy ciąg historii prowadzi do wioski Ochodzy, gdzie Schenk doczekał końca wojny u braci Brzewińskich. Miejscowi wołali na niego "Mateusz". W relacji czytamy też, że Schenk nazywał gospodarzy "ojcem" i "wujem", a "ojciec" miał zamurować w ścianie jego książeczkę wojskową. W 1946 r. Brzewińscy dali mu na drogę 200 zł oraz jedzenie. Zgodnie z opisem Schenk wracał do domu trzy miesiące: przez Warszawę, polskie areszty i obóz w Berlinie.

Powroty do Polski i spotkania w Warszawie

W latach 80. miał 32 razy przyjeżdżać furgonetką do Ochodzy, przywożąc m.in. jedzenie i ubrania. - Był też w Warszawie. Spotkał się z weteranami powstania"- czytamy w " Dzienniku Zachodnim".

Wybrane dla Ciebie