Rzeź Woli była częścią działań okupanta po wybuchu Powstania Warszawskiego. Akcja mordów na cywilach wynikała z rozkazu zniszczenia miasta i zabijania mieszkańców, przekazanego przez kierownictwo III Rzeszy. W praktyce oznaczało to masowe egzekucje ludzi wyciąganych z domów, szpitali i piwnic. Za symboliczną datę rzezi uznaje się 5 sierpnia 1944 r.
Kto dokonał zbrodni na Woli?
Za pacyfikację odpowiadały przede wszystkim oddziały SS i niemieckiej policji. Opisy wydarzeń wymieniają m.in. gen. mjr policji Heinza Reinefartha jako dowódcę sił, które na Woli prowadziły działania przeciw powstańcom, a jednocześnie dokonywały egzekucji cywilów. Wśród formacji obecnych na miejscu pojawiają się również jednostki związane z Oskarem Dirlewangerem oraz inne oddziały pomocnicze. Reinefarth skarżył się wówczas przełożonym, iż ma "więcej zatrzymanych niż amunicji".
Ile było ofiar rzezi Woli?
W masowych egzekucjach na Woli zamordowano - według różnych szacunków - od 40 do 60 tys. mieszkańców dzielnicy. W dniach 5-7 sierpnia mogła zginąć większość z nich. Zwyrodnialcy nie oszczędzali kobiet, starców oraz dzieci.
Mord dzieci i świadectwo belgijskiego żołnierza Wehrmachtu
Fundacji Non Notus przywołano relację Matthiasa Schenka, żołnierza Wehrmachtu pochodzącego z Belgii, który widział mord na 140 dzieciach z prawosławnego sierocińca. Pochowane są one w zbiorowej mogile na Cmentarzu Prawosławnym na Woli. Był także świadkiem innych zbrodni, które opisał.
Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w holu i na schodach. Dużo dzieci. Rączki w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, zanim wpadł Dirlewanger. Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po tych schodach. Tam w pobliżu jest teraz tablica, że zginęło 350 dzieci. Myślę, że było ich więcej, z 500 - czytamy w tekście Fundacji Non Notus na Facebooku.
Z tragedii ocalał ks. Mikołaj Lenczewski, wraz ze swoim czteroletnim wówczas synem Mikołajem – późniejszym proboszczem cerkwi św. Jana Klimaka.
Losy Matthiasa Schenka
Żołnierz Wehrmachtu opisywał, że wejścia do domów forsowano siłowo: łomem, trotylem albo wiązką trzech granatów, a przed założeniem ładunku stosowano fortel z "drapaniem" drzwi po przeciwnej stronie, by zmylić osoby nasłuchujące za wejściem. W relacji Schenka pojawia się wątek Starego Miasta, gdzie miał "otworzyć" w ten sposób drzwi powstańczego szpitala. Dalej - jak czytamy - żołnierze formacji Dirlewangera rozstrzelali wszystkich rannych, a następnie dopuścili się przemocy wobec pielęgniarek. Schenk opisywał też kolejne sceny: szpitale, piwnice i ludzi rozstrzeliwanych przez oddziały Oskara Dirlewangera.
W innym fragmencie wspomnień, przytoczonym w materiale Fundacji Non Notus, Schenk relacjonował, że przy szturmach na piwnice kobiety padały ofiarą gwałtów. Opisał również sceny przemocy wobec dzieci i cywilów, w tym zabicie dziewczynki, która miała podniesione ręce i mówiła, że nie jest partyzantką. Jego relacja zawiera także obraz z klasztoru: po wysadzeniu tylnych drzwi Schenk z towarzyszem natknęli się na księdza trzymającego opłatek i kielich. Po pewnym czasie Schenk miał zobaczyć tego duchownego w rękach żołnierzy Dirlewangera, dręczonego i upokarzanego.
W przytoczonym fragmencie pojawia się też historia "maskotki" oddziału - chłopca ok. 12-letniego, który stracił nogę i poruszał się skacząc na jednej. Według relacji esesmani mieli wsunąć mu do torby granaty, a następnie doprowadzić do jego śmierci.
Schenk opisywał również swój stan psychiczny: "W nocy budził się z krzykiem. Majaczył. Niemcy nazywali to: Warschaukoller, czyli warszawski szał" - czytamy w przytoczonym fragmencie.
Odznaczenie i straty w oddziale
W tej samej relacji pojawia się informacja, że za działania w Warszawie Schenk otrzymał Żelazny Krzyż II klasy. Podkreślał też skalę strat: z oddziału, z którym przyjechał do Warszawy, miało zostać trzech żołnierzy.
Pomoc od polskich chłopów
Po upadku Powstania Warszawskiego Schenk miał nadal wysadzać stołeczne kamienice. Następnie uciekał przed Armią Czerwoną. Podczas jednej z potyczek został ranny. Nieprzytomnego Schenka znaleźli w rowie polscy chłopi spod Gniezna. Mieli go nie zabić, a w relacji pojawia się szczegół, że uratował go różaniec od matki.
Dalszy ciąg historii prowadzi do wioski Ochodzy, gdzie Schenk doczekał końca wojny u braci Brzewińskich. Miejscowi wołali na niego "Mateusz". W relacji czytamy też, że Schenk nazywał gospodarzy "ojcem" i "wujem", a "ojciec" miał zamurować w ścianie jego książeczkę wojskową. W 1946 r. Brzewińscy dali mu na drogę 200 zł oraz jedzenie. Zgodnie z opisem Schenk wracał do domu trzy miesiące: przez Warszawę, polskie areszty i obóz w Berlinie.
Powroty do Polski i spotkania w Warszawie
W latach 80. miał 32 razy przyjeżdżać furgonetką do Ochodzy, przywożąc m.in. jedzenie i ubrania. - Był też w Warszawie. Spotkał się z weteranami powstania"- czytamy w " Dzienniku Zachodnim".