Sceny na lotnisku w Bangkoku. Tłumy Polaków. Nie mogą wrócić
Setki turystów nie mogą wrócić do swoich krajów i koczują pod biurem Qatar Airways na lotnisku w Bangkoku. Wśród nich jest wielu Polaków. Reporter "Faktu" relacjonuje, że sytuacja jest nieprzyjemna. Podróżni są wściekli, że nie mogą skorzystać z bezpośrednich lotów do Polski.
Na lotnisku w Bangkoku koczują turyści, którzy wylecieli na wakacje przed rozpoczęciem konfliktu na Bliskim Wschodzie, a teraz nie mają jak wrócić do kraju. W związku z eskalacją napięcia po sobotnim (28 lutego) ataku Izraela i USA na Iran, część ich lotów została odwołana.
Wśród osób, które oczekują na lot są również turyści z Polski. Reporter "Faktu", który przebywa na miejscu relacjonuje, że jest ich "masa". Dziennikarz wskazuje, że sytuacja na tajlandzkim lotnisku jest "nieprzyjemna, napięta i nerwowa". Niektórzy koczują przy biurze Qatar Airways od godz. 6 rano, aby otrzymać informacje na temat powrotu do swoich krajów.
My byliśmy tu o 7:30. Niektórzy ludzie czekali już od 6:00, a biuro się otwiera o 9:00. Natomiast około tej 9:00 zaczęli przychodzić ludzie, którzy ustawili się w zupełnie innej kolejce. Nie w tej, w której my wszyscy od tej godziny 6:00. Okazało się, że to są ludzie, którzy mają numerki - pisze reporter "Faktu".
Okazuje się, że wielu turystów nie ma numerków i nie może stać w kolejce. Biuro nie chce rozdawać nowych biletów. Na miejscu zaczęły tworzyć się osobne kolejki dla osób z numerkami z poprzednich dni.
Tutaj cały czas ludzie się schodzą. Ogólnie jest chaos, nie poinformowali, że będą zwracać pieniądze za hotele, jakieś różnice za bilety zastępcze, które ludzie sobie sami pokupowali - relacjonuje dziennikarz "Faktu".
Wielu Polaków nie ma zapasowych biletów na powrót do Polski, a wiele połączeń zostało odwołanych. Część turystów siedzi w Tajlandii o tydzień dłużej, niż pierwotnie planowali. ma to związek z odwołaniem ich lotów z 28 lutego.
Bilety na bezpośrednie loty do Polski są dostępne po 17 marca albo po 20 marca. Pracownicy Qatar Airways proszą, żeby kontaktować się z nimi na czacie, żeby pisać maile. Ja napisałem do nich maila wczoraj i do tej pory nie mam odpowiedzi. Oni rozkładają ręce, przekazują swoją formułkę i nic więcej powiedzieć nie mogą. Jest tu masa Polaków, właściwie większość osób, która tutaj za mną stoi - podkreśla dziennikarz "Faktu".