Śmierć 11-letniej Polki w Grecji. Świadek ujawnia, jak zachował się personel hotelu

Po tragedii, do której doszło 30 sierpnia w hotelu w Chanii na Krecie, świadkowie mówią o zaniedbaniach - pracowników hotelu, ale i służb wezwanych na miejsce. Z ich relacji wynika, że do działań ratunkowych ruszyli przede wszystkim turyści. - Ratowniczka, młoda dziewczyna, stała sparaliżowana - powiedział w rozmowie z polsatnews.pl pan Łukasz - turysta, który wraz z żoną próbował ratować życie dziecka.

Śmierć 11-letniej Polki w Grecji. Zdj. poglądoweŚmierć 11-letniej Polki w Grecji. Zdj. poglądowe
Źródło zdjęć: © Getty Images | Alexander Shapavalov
Aneta Polak

Do tragedii doszło w niedzielę (30 sierpnia) w greckim hotelu w miejscowości Platanias. Jak informowaliśmy już wcześniej, 11-letnia dziewczynka z Polski została znaleziona nieprzytomna w hotelowym basenie. Jej życia nie udało się uratować.

Polsatnews.pl dotarł do świadków tego dramatu. Jednym z nich był pan Łukasz, fizjoterapeuta spod Poznania, który wraz z żoną wypoczywał w greckim hotelu.

Jedliśmy z żoną na stołówce hotelowej i nagle do środka wbiegła nieznana nam osoba, krzycząc po angielsku, że jest potrzebny lekarz. Poderwaliśmy się jako pierwsi - opowiadał portalowi pan Łukasz, turysta z Polski.

On i jego żona, lekarka, uczestniczyli w reanimacji 11-latki. Przy basenie zobaczyli przemoczoną dziewczynkę leżącą na płytkach. Była nieprzytomna, nie reagowała na bodźce.

Tak zachował się personel hotelu

Z opisu mężczyzny wynika, że ratowniczka obecna na miejscu nie reagowała.

Ratowniczka, młoda dziewczyna, stała sparaliżowana - powiedział rozmówca polsatnews.pl.

Świadek zaznaczył, że trudno ocenić, jak długo dziecko było nieprzytomne w wodzie, ale - jego zdaniem - musiała to być dłuższa chwila.

Świadkowie reanimację krążeniowo-oddechową rozpoczęli o 14:07 i prowadzili przez ok. 20 minut, do przyjazdu służb. W tym czasie, jak twierdzi pan Łukasz, nie otrzymali realnego wsparcia od pracowników hotelu.

Obsługa się rozmyła. Krzyczeliśmy głośno, by przyniesiono nam AED (defibrylator) lub torbę podstawową, gdzie byłoby AMBU (resuscytator ręczny). Ratownik powinien to mieć. Nikt nic nie przyniósł. Po całej sprawie torba została uzupełniona - widzieliśmy, jak ratownicy wynoszą ją gdzieś zza recepcji i dopiero niosą na stanowisko, na którym pracowali - relacjonował pan Łukasz.

- Wydaje mi się, że AED było schowane na recepcji. Nikt go nie przyniósł, a prawdopodobnie pomogłoby, gdybyśmy defibrylowali chociaż raz elektronicznie. Nie było też adrenaliny, która mogłaby dać zupełnie inny efekt - dodał rozmówca portalu.

Świadek mówi o reakcji służb

Mężczyzna mówi także o reakcji służb. W jego ocenie - i ta pozostawiała wiele do życzenia.

Jak czytamy, po ok. 10 minutach na miejscu pojawili się policjanci, którzy "tylko patrzyli". Ratownicy medyczni mieli dotrzeć po 20-22 minutach.

Ratownicy przybyli tylko z noszami, dopiero później wrócili do karetki po torbę ze sprzętem. Następnie pojawili się jacyś lekarze - relacjonował świadek dramatycznych wydarzeń.

Jak podawaliśmy już wcześniej, po śmierci dziecka pięć osób zostało zatrzymanych, wśród nich rodzice dziewczynki. Wiadomo, że osoby te zostały już zwolnione po wcześniejszym złożeniu wyjaśnień.

Polsatnews.pl podkreśla, że wersja zdarzeń przedstawiona przez świadków różni się nieco od tej, którą można znaleźć w greckich mediach. Nie wspomniano tam, że to właśnie goście hotelowi jako pierwsi ruszyli z pomocą.

Wyjazd do Chanii organizowało jedno z biur turystycznych działających w Polsce.

Wybrane dla Ciebie