Biuro cyberbezpieczeństwa chińskiego ministerstwa bezpieczeństwa publicznego poinformowało, że ukarani obywatele sugerowali, iż rzeczywisty bilans ofiar śmiertelnych jest nieporównywalnie wyższy od oficjalnego.
W komunikacie biura przywołano przykład jednego z zatrzymanych, który w sieci napisał: "możliwe, że zginęło ok. 500 osób, wszyscy zaginieni prawdopodobnie nie żyją". Wpisy internautów, wobec których zastosowano kary grzywny oraz do 10 dni aresztu, uznano za złamanie prawa i sianie paniki.
Według ostatniego oficjalnego bilansu, podanego w niedzielę przez władze kontrolowanego przez Pekin Tybetu, w powodzi zginęło 16 osób, a 554 uznano za zaginione.
Rzecznik chińskiego MSZ odpowiada
Do krytyki zagranicznych mediów i organizacji broniących praw człowieka odniósł się rzecznik chińskiego MSZ Guo Jiakun.
Społeczeństwo (chińskie) nie popiera złośliwego zniesławiania, szukania sensacji i wykorzystywania katastrofy (do swoich celów - PAP) - przekonywał na briefingu prasowym.
Rzecznik zapewniał jednocześnie, że państwowe dane przekazywane są "w sposób otwarty, przejrzysty i szybki".
Jak wskazują eksperci cytowani przez australijskiego nadawcę ABC, państwowych danych nie da się niezależnie zweryfikować, bo zagraniczni korespondenci i organizacje pozarządowe nie mają wstępu do regionu. Zwracają też uwagę, że media państwowe koncentrują się na skali zaangażowania służb, mobilizacji wojska i sprawności akcji ratunkowej prowadzonej z polecenia przywódcy kraju Xi Jinpinga.
Koszmar mieszkańców
W depeszy PAP podkreślono również, że mieszkańcy Tybetu, przejętego zbrojnie przez Chiny w 1950 r., są poddawani ciągłej inwigilacji.
Oznacza to, że mieszkańcy w obawie przed karą nie informują o tym, gdzie ludzie są uwięzieni (przez powódź - PAP) - zauważył Ryan Fioresi z organizacji International Campaign for Tibet. Dodał, że przez brak takich sygnałów kluczowe informacje mogą nie dotrzeć do ratowników i rodzin poszkodowanych.
Deepfake’i o powodzi w Nepalu zalewają sieć
Po powodzi na pograniczu Nepalu i Chin w sieci pojawiły się masowo sfabrykowane, hiperrealistyczne filmy z katastrofy – podała agencja AFP. Materiały wygenerowane przez sztuczną inteligencję zyskały ogromną popularność na Instagramie, Facebooku, TikToku, YouTube oraz X.
Wśród nich był 10-sekundowy klip przedstawiający rzekę występującą z brzegów, niszczącą zabudowania i porywającą ludzi. Analitycy zauważyli w nagraniu charakterystyczne błędy obrazu — w pewnym momencie fale wody w nienaturalny sposób zmieniały się w głazy.
Drugie z popularnych wideo, mające zebrać ok. 7 mln wyświetleń, pokazywało rzekome zawalenie się mostu. Amerykański portal fact-checkingowy Lead Stories stwierdził, że to nagranie było wygenerowane przez AI. Wskazywać na to miało m.in. nienaturalne zachowanie postaci, które na moście pozostawały spokojne mimo nadciągającego żywiołu.
AFP zwróciła uwagę, że dezinformacja nie opierała się wyłącznie na deepfake’ach. W obiegu pojawiły się także filmy udostępniane jako rzekomo aktualne relacje z Nepalu, choć w rzeczywistości pochodziły z innych miejsc i wydarzeń. Jako "dowody" z powodzi rozpowszechniano m.in. archiwalne wideo spływu wody z lodowca Columbia na Alasce, a także ujęcia zalanego posągu Buddy z wcześniejszej powodzi w Nepalu w 2024 r. W sieci krążyło również nagranie osuwiska niszczącego plac budowy, które faktycznie zarejestrowano w indyjskim stanie Kerala w lipcu 2026 r.
Według "Kathmandu Post" nepalski rząd zwrócił się do przedstawicieli TikToka oraz Mety z prośbą o usunięcie materiałów wprowadzających internautów w błąd.
Co wydarzyło się na granicy Chin i Nepalu?
Do katastrofy doszło 26 sierpnia. W graniczącym z Chinami nepalskim dystrykcie Rasuwa zeszła potężna lawina błotna wywołana oberwaniem się fragmentu lodowca w Himalajach. Osuwisko wywołało wstrząs o magnitudzie 5,2 oraz powódź po obu stronach granicy.
W poniedziałek władze Nepalu poinformowały, że liczba ofiar w tym kraju wzrosła do 903, a ponad 4 tys. osób uważa się za zaginione.