To naprawdę myślą Grenlandczycy o słowach Trumpa. Mieszkańcy zabrali głos
Dennis Lehtonen, fotograf mieszkający na Grenlandii, w rozmowie z serwisem "Independent", opisał życie w tamtejszych małych osadach Grenlandii po trzech latach pracy w lokalnych przetwórniach ryb. W swojej wypowiedzi przekazał, jak mieszkańcy wyspy zareagowali na słowa Donalda Trumpa.
Najważniejsze informacje
- Dennis Lehtonen spędził blisko trzy lata w grenlandzkich osadach, pracując w siedmiu przetwórniach ryb.
- Lokalni mieszkańcy krytycznie oceniają pomysły Donalda Trumpa dotyczące Grenlandii.
- Warunki życia są surowe: ograniczona woda bieżąca, rzadkie dostawy, wysokie ceny warzyw.
Po 2018 r., zafascynowany nocnym niebem fotograf Dennis Lehtonen porzucił życie pod Helsinkami i przeniósł się do małych grenlandzkich wiosek. Przemieszczał się między osadami, żył i pracował w przetwórniach ryb, poznając rytm dnia daleko od wielkich miast. Jak podaje "Independent", jego doświadczenia zbiegły się w czasie z globalnymi dyskusjami o przyszłości wyspy i politycznych deklaracjach z USA.
Sceny na S19. Za kierownicą 20-letni Ukrainiec. Nagle wysiadł z auta
Fotograf zdradza, co mieszkańcy Grenlandii mówią o Trumpie
Kiedy Donald Trump ogłosił, że chciałby kupić Grenlandię, autor pytał o to lokalnych. Nie usłyszał ani jednej pozytywnej opinii na ten temat. Później, gdy prezydent mówił o "rosyjskich i chińskich statkach" u wybrzeży, reakcja w osadach była jednoznaczna. "Trump znowu opowiada bzdury" – tak, według relacji, odpowiadało wielu mieszkańców. Wzburzenie wzmogło się po wpisie Katie Miller ze słowem "SOON" i grafiką wyspy w barwach USA.
Poza większymi miastami nie ma bieżącej wody. Mieszkańcy napełniają kanistry w tzw. "domach wody" albo topią góry lodowe, jak w Naajaat. Toalety zastępują worki, a wywóz śmieci zależy od statku, który w najmniejszych osadach przypływa nawet raz w roku. Zimą ostatnie dostawy docierają często w grudniu, a kolejne dopiero w maju. Świeże warzywa bywają rzadkie i drogie – ogórek potrafi kosztować ok. 36 koron duńskich.
W wielu osadach nie ma pielęgniarek, a pomoc medyczna wymaga kontaktu z ośrodkiem w innej miejscowości i ewentualnego przylotu śmigłowca – o ile pozwala pogoda. Dentysta pojawia się zwykle na kilka dni w roku. Domy ogrzewane są olejem; przy silnych mrozach instalacje zawodzą. Autor wspomina noc sylwestrową przy ok. –37 st. C, gdy zasłabło ogrzewanie i spał w kościele.
Tak na co dzień wygląda życie na Grenlandii
Sklepy pilersuisoq sprzedają jedzenie, ubrania i sprzęt myśliwski, ale nie ma ich wszędzie. W Nutaarmiut, gdzie mieszka ok. 30 osób, zimą ludzie jadą 20 km po lodzie do Tasiusaq, by zrobić zapasy. Mimo trudów wspólnota działa: organizuje kaffemik, a goście mieszczą się w małych domach niemal całą wioską. Internet dotarł do wielu miejsc ok. 2007 r. i, jak opisuje autor, zmienił codzienne nawyki dzieci.
Osady na północy pamiętają przymusowe przesiedlenia Inughuitów w latach 50. pod amerykańską bazę Thule, dziś Pituffik. Śmigłowce lecące do Savissivik zatrzymują się tam po pozwolenie, a załoga bazy dostarcza owoce i prezenty świąteczne dla dzieci do 16. roku życia. To element szerszej historii relacji z Danią: autonomia od 1979 r., uznane prawo do niepodległości od 2009 r. i roczne wsparcie finansowe Kopenhagi.
Depopulacja postępuje – najmniejszą osadą jest dziś Kangerluk, gdzie mieszka jedna rodzina. Jeśli wyjedzie, miejsce może zniknąć z mapy. Autor przyznaje, że praca w przetwórniach otworzyła mu drzwi do zamkniętych społeczności. Dzięki temu dokumentuje życie, uczy się potrzeb osad i odkrywa, że do szczęścia potrzebuje przede wszystkim celu – nie miejskich usług.