Zginął w katastrofie wojskowego samolotu. "Powiedział, że nie wróci"
W katastrofie tankowca z USA zginęło sześciu amerykańskich żołnierzy. Stało się w zachodnim Iraku. Jedną z ofiar wypadku jest Tyler Simmons. Jak ujawnił jego ojciec w rozmowie z CNN, mężczyzna rozmawiał z synem zaledwie dzień wcześniej. - Niestety, powiedział mi, że nie sądzi, by wrócił - zdradził.
28 lutego rozpoczęła się skoordynowana operacja sił amerykańskich i izraelskich. To wtedy zaatakowano Iran, infrastrukturę nuklearną, systemy obrony przeciwlotniczej, magazyny rakiet oraz kluczowe ośrodki dowodzenia.
Najważniejszym wydarzeniem pierwszego dnia wojny (28 lutego) była śmierć Alego Chameneiego, Najwyższego Przywódcy Iranu. Zginął on w wyniku uderzenia rakietowego na jego biuro w Teheranie. Zginęło też kilku innych wysokich rangą urzędników i dowódców.
W odpowiedzi Teheran wystrzelił setki rakiet balistycznych i dronów na Izrael oraz kraje Bliskiego Wschodu współpracujące z USA. Zginęło co najmniej 15 amerykańskich żołnierzy.
Jednym z nich jest Tyler Simmons, który zginął 12 marca w zachodnim Iraku. Był jednym z sześciu amerykańskich żołnierzy na pokładzie samolotu cysterny KC-135 Stratotanker, który rozbił się podczas wykonywania misji wsparcia paliwowego dla myśliwców operujących nad Iranem. Katastrofa nie była wynikiem bezpośredniego ognia nieprzyjaciela.
Jak się okazuje, Tyler rozmawiał ze swoją rodziną dzień przed tragedią. Zadzwonił do ojca Mylo.
Powiedział mi, jak bardzo mnie kocha, kazał mi powiedzieć, że kocha swojego psa. Niestety, powiedział mi, że nie sądzi, by wrócił - ujawnił w rozmowie z CNN.
Mężczyzna ujawnił, że zawsze powtarzał synowi, by robił to, co kocha. Przekonuje, że był niesamowitym synem, a on miał zaszczyt być jego ojcem. Wcześniej media informowały o jego rozmowie z matką, w której ujawnił, że wrogowie strzelali do niego.
Tyler Simmons miał 28 lat i pochodził z Columbus w stanie Ohio. Odpowiadał za precyzyjne sterowanie przewodem paliwowym podczas tankowania innych samolotów w locie.