14 telefonów w pracy i tragedia w tramwaju. Jest wyrok po śmierci 4-latka
Sąd Rejonowy uznał motorniczego Roberta S. winnego po śmierci czteroletniego chłopca w tramwaju w Warszawie. Jak ustalono, mężczyzna w pracy wykonał 14 połączeń telefonicznych.
Najważniejsze informacje
- Motorniczy Robert S. usłyszał wyrok: rok i sześć miesięcy więzienia oraz 4-letni zakaz prowadzenia pojazdów.
- Sąd wskazał na 14 połączeń i wiadomości w czasie pracy; najdłuższa rozmowa trwała 50 minut.
- Rodzice dziecka otrzymają po 100 tys. zł zadośćuczynienia.
Do potwornego zdarzenia doszło 12 sierpnia 2022 roku przed południem na przystanku tramwajowym przy ul. Jagiellońskiej na warszawskiej Pradze Północ. Kobieta ze swoim czteroletnim wnuczkiem chciała wysiąść z pojazdu.
Niestety, chłopiec nie zdążył całkowicie wysiąść. Drzwi tramwaju zamknęły się i przytrzasnęły jego nóżkę. Pojazd przeciągnął go po kamiennym torowisku. Czterolatek zginął na oczach babci.
Kiedy wysiadałam, usłyszałam pisk, odwróciłam się i zobaczyłam panią [...] Zobaczyłam, jak tramwaj odjeżdża ciągnąc za sobą chłopca. Sparaliżowało mnie, zadzwoniłam na numer alarmowy 112 - mówiła 25-letnia Klaudia, świadek zdarzenia.
Wyrok i uzasadnienie sądu
Jak podaje "Fakt", sędzia Katarzyna Wanat stwierdziła, że wyłączną winę za wypadek ponosi motorniczy. Podkreśliła, że nie poświęcił należytej uwagi sytuacji na przystanku i nie upewnił się, czy wszyscy pasażerowie bezpiecznie opuścili skład.
17 lutego 2026 r. wymierzyła Robertowi S. karę roku i sześciu miesięcy więzienia, a także 4-letni zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych oraz po 100 tys. zł zadośćuczynienia dla rodziców chłopca.
Z materiału dowodowego wynika, że motorniczy w godzinach pracy korzystał z telefonu: prowadził rozmowy przez słuchawki, odbierał i wysyłał SMS-y oraz regulował głośność zestawu.
W krótkim okresie przed wypadkiem wykonał łącznie 14 połączeń, w tym bardzo długie – nawet do 50 minut. O godz. 11.36 zmieniał głośność słuchawek i odbierał krótką rozmowę od żony, a kilka minut później znów regulował urządzenie i odpisywał na wiadomości.
Biegli potwierdzili, że systemy bezpieczeństwa w tramwaju działały prawidłowo. Widoczność z kabiny pozwalała obserwować wszystkie drzwi. Mimo tego po trzech sekundach od zamknięcia drzwi pojazd ruszył, gdy na pulpicie zapaliła się zielona kontrolka. Według relacji z materiału, dopiero pasażer, który zaciągnął hamulec bezpieczeństwa, zatrzymał tramwaj po ok. 420 m.
Dziecko miało problem z wyswobodzeniem swojej nóżki. Babcia to zobaczyła i próbowała go wyciągnąć za rączkę. Nie przyniosło to skutku. Drzwi się zamknęły, tramwaj ruszył. [...] Babcia uderzała w obudowę - mówił świadek 31-letni Oleksandr.
Sąd wskazał, że Robert S. świadomie złamał wewnętrzne przepisy Tramwajów Warszawskich i przepisy ruchu drogowego zakazujące korzystania z telefonu podczas prowadzenia pojazdu.
W ocenie składu orzekającego to zachowanie przesądziło o nieumyślnym naruszeniu zasad bezpieczeństwa w ruchu lądowym, które doprowadziło do śmierci dziecka na miejscu.
Obrońca Roberta S. podkreślał, że biegli nie mieli pewności co do przebiegu zdarzenia. Zwracał uwagę na stan techniczny wagonów i ich potencjalne zagrożenia. Jego zdaniem kobieta z tramwaju wysiadała w ostatniej chwili, gdy pojawił się już sygnał ostrzegawczy zamykania drzwi.
Podczas wcześniejszej rozprawy Robert S. nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. Przeprosił jednak rodzinę zmarłego chłopca. - Jest mi bardzo przykro, że doszło do tego wypadku. Bardzo przepraszam - mówił, czytając z kartki.