Rozbijanie namiotów w parkach, na skwerach czy miejskich terenach rekreacyjnych to zjawisko, które w teorii jest kategorycznie zabronione. Rzeczywistość pokazuje jednak, że przepisy swoje, a życie swoje.
Ostatnia interwencja świdnickich strażników miejskich nad Zalewem Witoszówka po raz kolejny obnażyła bezradność wobec osób decydujących się na nielegalne obozowanie w miejscach publicznych.
Mandat za namiot i zniszczoną zieleń
Jak przypomina Krzysztof Szpilka, miejskie tereny zielone podlegają pod ścisłe regulaminy urzędów miast lub gmin. Za biwakowanie "na dziko" grożą surowe kary.
Wakacje w samochodzie - 3 sposoby, by uniknąć hotelu
Rozbicie namiotu w niedozwolonym miejscu publicznym może zostać zakwalifikowane jako zaśmiecanie, niszczenie zieleni lub zakłócenie porządku, za co straż miejska lub policja może ukarać mandatem – tłumaczy emerytowany oficer SG.
Identyczne obostrzenia dotyczą rozpalania ognisk i grillowania. Bez specjalnie wyznaczonych do tego celu stanowisk, taka aktywność w parku czy nad brzegiem miejskiego zbiornika jest po prostu nielegalna.
Niestety, przepisy te są nagminnie łamane. Podczas ostatniej interwencji nad Witoszówką, strażnicy zastali nie tylko rozbite namioty, ale i ślady dewastacji. Aby przygotować opał na ognisko, koczujące tam osoby wyrywały i łamały gałęzie okolicznych drzew.
Z relacji Krzysztofa Szpilki wynika, że problem ma głębsze, społeczne podłoże. Dzikie obozowiska w tej malowniczej części Świdnicy stają się schronieniem dla osób kryzysie bezdomności. Temat ten od dłuższego czasu budzi ogromne emocje wśród mieszkańców.
Temat bezdomnych w mieście jest ostatnio szeroko poruszany. To wrażliwa społecznie sprawa, lecz zachowania bezdomnych nie mogą naruszać porządku i prawa, a działania prewencyjne oraz profilaktyka są jak najbardziej niezbędne – podkreśla autor wpisu.
Świdniczanie obawiają się, że bez systematycznych i stanowczych działań służb, problem będzie się pogłębiał. Emerytowany oficer podziękował Straży Miejskiej za szybką i skuteczną interwencję, jednocześnie apelując o regularne patrole. Jego zdaniem, bez ciągłego monitorowania tego obszaru, dzikie koczowiska nad zalewem szybko nie znikną, a wręcz przeciwnie – zjawisko to będzie przybierać na sile.