Do dramatu doszło 28 czerwca podczas wędrówki w Little Big Econ State Forest na Florydzie. Brittany Clark, jej partner Chance Allison oraz współlokator Jayden Hernandez weszli do rzeki Econlockhatchee. Według relacji Chance'a, cytowanej przez "New York Post", stali w wodzie sięgającej około metra, gdy nagle z rzeki wynurzył się ponad czterometrowy aligator. - Atak nastąpił zupełnie znikąd - powiedział mężczyzna.
Drapieżnik ciężko ranił 31-latkę, odgryzając jej jedno ramię. Mimo wezwania służb ratunkowych kobiety nie udało się uratować. Chance wspomina, że podczas oczekiwania na pomoc Brittany zdobyła się jeszcze na ostatnią prośbę - aby zaopiekował się jej owczarkiem niemieckim.
- Gdy czekaliśmy na przyjazd służb ratunkowych, Brittany powiedziała mi tylko, żebym zadbał o Hokiego. To była jedna z ostatnich rzeczy, które do mnie powiedziała. Niczego więcej nie pamiętam - wyznał.
Mężczyzna zaprzeczył pojawiającym się doniesieniom, że grupa została wcześniej ostrzeżona przed wchodzeniem do wody. Jak podkreślił w rozmowie z "New York Post", nikt nie przekazał im takiej informacji. Zdementował również doniesienia, jakoby prowadził resuscytację partnerki. Zamiast tego próbował zatamować krwotok i zapewnić jej jak największy komfort do czasu przyjazdu ratowników.
Chance podkreślił także, że zdecydował się zabrać głos, ponieważ w internecie zaczęły pojawiać się nieprawdziwe informacje o przebiegu tragedii. - Nie zależy mi na rozgłosie. Chcę tylko, żeby fakty były przedstawiane zgodnie z prawdą - powiedział.
Po śmierci Brittany mężczyzna pomaga rodzinie w organizacji pogrzebu i przygotowuje uroczystość upamiętniającą partnerkę. W opublikowanym wcześniej wpisie w mediach społecznościowych obiecał również, że zgodnie z jej wolą na zawsze zaopiekuje się jej psem.