Fabian sprzedawał lemoniadę. Nietypowa interwencja. Dotarliśmy do strażników

Fabian sprzedawał lemoniadę na ulicach Bogatyni. - Powiedział nam, że zbiera na książki do szkoły. Dosłownie serce nas zabolało - mówi o2.pl inspektor Ewelina Banaś interweniująca w sprawie sprzedaży lemoniady. Strażniczka i jej koleżanka "zabezpieczyły" towar wykupując cały zapas chłopca.

Ewelina Banaś (z lewej) i Aleksandra Furmantowicz oraz Fabian.Ewelina Banaś (z lewej) i Aleksandra Furmantowicz oraz Fabian.
Źródło zdjęć: © Straż Miejska Bogatynia
Mateusz Kaluga

Straż Miejska w Bogatyni interweniowała w związku ze zgłoszeniem z ul. Szpitalnej. Chłopiec o imieniu Fabian sprzedawał na przygotowanym stoisku lemoniadę. Interweniujące strażniczki - Ewelina Banaś i Aleksandra Furmantowicz - postanowiły "zabezpieczyć" napój i wykupiły cały zapas chłopca.

Jesteśmy ludźmi, a strażnikami bywamy. Dziecko, które wszystko dostaje na złotej tacy nie podejmie się takich działań, dlatego chłopca trzeba chwalić, a nie ganić - mówi o2.pl inspektor Ewelina Banaś ze Straży Miejskiej w Bogatyni.

Jak dodaje, z interweniującą koleżanką wykupiły "z nawiązką" pięć litrów lemoniady. Fabian sprzedawał napój w małym kubku za 3,5 zł, a w dużym za 5 zł. Wszyscy pracownicy straży wraz z komendantem postanowili złożyć się na nietypowy wykup.

- Fabian przywitał nas uśmiechem. Od razu spytałam go o cenę. Powiedział nam, że zbiera na książki do szkoły. Dosłownie serce nas zabolało. Nie wyobrażałyśmy sobie kary. Po wszystkim bardzo się ucieszył. Powiedział nam, że będzie mógł sobie kupić podręczniki i że jeszcze mu trochę pieniędzy zostanie - dodaje strażniczka.

Nasza rozmówczyni dodaje, że w Polsce nie ma przepisów regulujących tę formę handlu. - Urząd Skarbowy wskazuje, że jest to okazjonalny zarobek, a sanepid wymaga jedynie zachowania higieny. Fabian miał na sobie rękawiczki. Napój nalewał do jednorazowych kubeczków - przekonuje inspektorka.

Funkcjonariuszka zdradza, że straż miejska informację o sprzedaży lemoniady otrzymała od kobiety mieszkającej w pobliżu. Przekonywała, że chłopiec robi to bez zezwolenia. - Chłopiec siedział na uboczu, nie utrudniał ruchu. Był pod okiem dorosłych. Musimy jednak reagować na każde zgłoszenie mieszkańców - mówi o2.pl.

Chłopiec nie stresował się wizytą pań w mundurach. Już wcześniej miał do czynienia z funkcjonariuszami m.in. ze szkolnych pogadanek. - Uśmiech dziecka potrafi rozpogodzić najbrzydszy dzień. W takich kwestiach trzeba podchodzić z sercem - kończy Ewelina Banaś.

Wybrane dla Ciebie