Marzena Święs trafiła do szpitala Josa Andras w Nyiregyhaza na Węgrzech. Na pielgrzymkę pojechała razem z córką Natalią. W drodze powrotnej do Polski ich autokar przewrócił się na prawą stronę, czyli tę, po której siedziały. Kobieta podkreśla, że czuje ulgę, że przeżyły, ale jednocześnie ma świadomość, że nie wszyscy uczestnicy wrócą do domów.
"Mamo, wstawaj i idź tędy". Co pamięta z wypadku autokaru
Marzena Święs relacjonuje, że sam moment zdarzenia niemal całkowicie zniknął z jej pamięci. Zapamiętała przede wszystkim krzyk córki, który kazał jej wstać i iść w stronę wyjścia.
Mamo, wstawaj i idź tędy - wspomina kobieta w rozmowie z "Faktem".
WIDEOZmiana przepisów po tragedii Polaków? Jasne stanowisko wiceministra
Po opuszczeniu autokaru obie nie potrafiły odtworzyć, którędy dokładnie wydostały się z wraku. Jak tłumaczy, wszystko działo się bardzo szybko i w silnych emocjach.
Stan zdrowia Marzeny i Natalii. Czekają na transport do Polski
Córka Marzeny Święs przebywa w szpitalu w Debreczynie. Matka mówi, że Natalia ma wstrząs mózgu, ranę w okolicy czoła, uszkodzony policzek oraz złamaną rękę w nadgarstku. Sama Marzena Święs jest poobijana, bez złamań i leży na oddziale ortopedii w Nyiregyhaza.
Kobieta przekazała, że czekają na transport do Polski, ale ostateczną decyzję w tej sprawie mają podjąć lekarze. Polka ma też nadzieję, że po powrocie wszyscy zostaną jeszcze zbadani przez polskich medyków, co jej zdaniem jest szczególnie ważne dla starszych uczestników wyjazdu.
"Przez siedem dni byliśmy jak jedna rodzina". Trauma po stracie współpielgrzymów
Najtrudniejsze dla ocalałych jest to, że część osób, z którymi jeszcze kilka godzin wcześniej wspólnie podróżowali i zwiedzali Bałkany, nie żyje. Marzena Święs opisuje grupę jako bardzo zżytą, a większość uczestników jako seniorów, których zapamiętała jako ciepłych i serdecznych.
Na pewno traumą będzie strata tych wszystkich ludzi, którzy odeszli. To byli wspaniali ludzie. Przez siedem dni byliśmy jak jedna wielka rodzina. Głównie seniorzy, niesamowicie ciepli, serdeczni i radośni - opowiada rozmówczyni "Faktu".
Pani Marzenia z zawodu jest opiekunem medycznym i mimo własnych obrażeń stara się pomagać innym poszkodowanym, przechodząc między salami. Wspomina też znajomego pielgrzyma Krzysztofa, który po wypadku walczy o życie na OIOM-ie. Dodaje, że wśród pasażerów był również ksiądz Tadeusz, emerytowany kapłan z Podkarpacia, ale w chwili rozmowy nie miała informacji, co się z nim dzieje.
Kobieta mówi także o 19-letnim Adrianie, którego uczestnicy zapamiętali z działań podejmowanych tuż po katastrofie. Miał rozbijać dach autokaru i pomagać w wynoszeniu ludzi. Według jej relacji w ratowanie pasażerów włączył się również jeden z kierowców, Grzegorz, który rozbił przednią szybę, aby ułatwić ewakuację.
Marzena Święs podkreśla, że pierwsza noc po wypadku upłynęła pod znakiem wzajemnego wsparcia wśród uczestników pielgrzymki. Wierzy, że ich ocalenie było cudem.