Kobieta błagała o ochronę przed byłym mężem. Policja nie reagowała
Pani Katarzyna wielokrotnie prosiła o ochronę przed byłym mężem, jednak służby zignorowały jej wołania. Historia ta znalazła tragiczny finał - podaje w reportażu TVN Uwaga.
Najważniejsze informacje
- Pani Katarzyna wielokrotnie zgłaszała groźby byłego męża.
- Mężczyzna został skazany na prace społeczne za swoje groźby.
- Po tragicznej śmierci pani Katarzyny wszczęto postępowania dyscyplinarne wobec policjantów.
Dnia 9 grudnia doszło do dramatu w szkole językowej prowadzonej przez panią Katarzynę, kiedy jej były mąż wszedł do budynku z zakrwawionymi rękami. Pomimo wcześniejszych licznych ostrzeżeń i zgłoszeń do policji, kobieta nie otrzymała odpowiedniej ochrony.
Odwróciłam się, Robert stał przed schodami i wtedy zorientowałam się, że w prawej ręce trzyma sztylet i ma całą zakrwawioną rękę. Chyba coś mówił. Odwrócił się i poszedł - opowiada dla TVN Uwaga pani Natalia, pracownica pani Katarzyny. Jak dodaje syn kobiety, Bartosz, sytuacja była niesamowicie groźna: - Zszedłem na półpiętro. On stał przed wejściem i powiedział: - Nie chcieliście oddać pieniędzy, teraz idź ją ratuj.
Po zabójstwie pani Katarzyny, jej były mąż udał się do policji, jednak komisariat w Nadarzynie (woj. mazowieckie) był zamknięty, co zmusiło go do przyjazdu do Pruszkowa.
Spójrzcie na światło. Tak zachowała się piesza. Fatalny finał
Musiał pojechać na komisariat do Pruszkowa. Sam wszedł tam z zakrwawionymi rękami i dowodem zbrodni - opowiada syn pani Katarzyny.
Zgodnie z opowieścią rodziny, problemy między panią Katarzyną a jej mężem zaczęły się już kilka lat temu. Kajetan, syn pani Katarzyny, wspomina, że ojciec był agresywny, a mama była wcześniej przez niego napadana.
Były mąż nie tylko fizycznie zagrażał swojej żonie, ale również prowadził kampanię przemocową wobec niej w sferze psychicznej. - Cały czas jej groził, molestował psychicznie - mówi siostra pani Katarzyny. Izabela Greszta, dyrektor szkoły, wspomina także o jego nękających wiadomościach.
Zaniedbania służb ochrony
Mimo że ofiara wielokrotnie zgłaszała groźby na policję, jej apele pozostawały zazwyczaj bez odpowiedzi.
Policjant powiedział jej, że może [były mąż - red.] chce się na kawę umówić - relacjonuje Kajetan. - Mówili na przykład, że z tą sytuacją nic nie są w stanie zrobić, jest sobota i skąd oni wezmą patrol policyjny - dodaje siostra pani Katarzyny.
Pani Katarzyna nie mogła czuć się bezpiecznie, nawet we własnym domu. Wielokrotnie zmieniała miejsce pobytu, ale jej zgłoszenia trafiały na opieszałość służb.
Już dzień po tragedii funkcjonariusze Komendy Stołecznej Policji rozpoczęli analizę działań podjętych przez policjantów z komisariatu w Nadarzynie, koncentrując się przede wszystkim na zaniechaniach z ich strony. W rezultacie wszczęto postępowania dyscyplinarne wobec trzech funkcjonariuszy: policjanta prowadzącego sprawę, jego przełożonego – zastępcy komendanta – oraz komendanta tej jednostki.
Analiza prowadzenia przez ostatnie lata postępowań wskazuje na pewne uchybienia i być może nieprawidłowości. Polegało to na zaniechaniu lub na nieprawidłowościach związanych z uruchomieniem procedury Niebieskiej Karty, tego zabrakło. Chodzi też o wątpliwą ocenę zagrożenia sygnalizowanego przez pokrzywdzoną - mówi podkom. Jacek Wiśniewski z Komendy Stołecznej Policji.