Po 5 lutego "straci cały świat". Koniec porozumienia nuklearnego USA z Rosją
5 lutego 2026 r. wygasa traktat "New START", ostatnie obowiązujące porozumienie nuklearne pomiędzy USA a Rosją. - Straci na tym cały świat - mówi o2.pl Thomas Countryman, były szef Biura Bezpieczeństwa Międzynarodowego i Nierozprzestrzeniania w Departamencie Stanu USA.
- To cykl "Blisko Świata", w ramach którego piszemy na o2.pl o kryzysach humanitarnych, konfliktach zbrojnych i innych ważnych wydarzeniach w różnych zakątkach globu.
- W tym odcinku rozmawiamy z Thomasem Countrymanem, który w latach 2011-2017, z nominacji Baracka Obamy, był szefem Biura Bezpieczeństwa Międzynarodowego i Nierozprzestrzeniania Broni.
- - To jest alarmująca sytuacja - mówi Countryman o zbliżającym się terminie wygaśnięcia traktatu "New START".
- Traktat, który w 2010 r. podpisały USA i Rosja, określał m.in., ile rozmieszczonych głowic jądrowych mogą posiadać oba kraje.
- Rosja zawiesiła udział w traktacie w lutym 2023 r., ale nie wycofała się z niego i zapowiedziała, że będzie przestrzegać jego założeń.
Łukasz Dynowski, redaktor naczelny o2.pl: "Jak wygaśnie, to wygaśnie" - powiedział Donald Trump w niedawnym wywiadzie dla "The New York Timesa", mając na myśli traktat "New START". Prezydent nie wydawał się zbyt przejęty tym, że końca dobiega ostatnie porozumienie nuklearne pomiędzy USA a Rosją. Powinniśmy się tym wszyscy bardziej przejmować?
Thomas Countryman: Tak, to jest alarmująca sytuacja. We wspomnianym wywiadzie Trump powiedział jeszcze, że wynegocjuje lepszy traktat. Przypomnę, że osiem lat temu, kiedy USA wycofywały się z porozumienia nuklearnego z Iranem, Trump również zapowiadał lepszą umowę. Nie zdołał jednak wynegocjować ani lepszej, ani w ogóle żadnej. A Iran jeszcze bardziej zbliżył się do posiadania broni jądrowej.
To o Polakach mówią amerykańscy żołnierze. Gen. Drewniak wprost
Trump bardzo przecenia swoje możliwości zawierania porozumień. To, co jest najbardziej frustrujące dla ludzi takich jak ja, którzy wierzą w kontrolę zbrojeń, to fakt, że Waszyngton w żaden sposób nie odpowiedział na wrześniową ofertę Władimira Putina.
Putin zaproponował wtedy utrzymanie liczby rozmieszczonych głowic jądrowych - a więc głowic w aktywnej służbie, a nie w magazynie - na poziomie uzgodnionym rok wcześniej i kontynuowanie negocjacji nad nowym traktatem. A Trump, mimo że kilkukrotnie mówił w przeszłości, że jest zainteresowany kontrolą zbrojeń i zmniejszaniem arsenałów nuklearnych, w ogóle nie zareagował.
Jak pan myśli, dlaczego?
Jeden z powodów to fakt, że w tym momencie w USA mamy jednoosobowy rząd, a ludzie, którzy mają się zajmować polityką nuklearną, boją się wychylać z pomysłami. Nic nie mówią, czekają, żeby to prezydent określił, czego od nich chce. To sprzeczne z tym, jak to wyglądało w przeszłości. Jest to też bardzo nieefektywny sposób zarządzania ogromną administracją rządową.
Poza tym sądzę, że w administracji Trumpa jest sporo ludzi, którzy tylko czekają, żeby zwiększyć liczbę rozmieszczonych głowic jądrowych powyżej limitu przewidzianego przez traktat "New START". Po co? Żeby przeciwdziałać rosnącemu zagrożeniu nuklearnemu ze strony Chin.
Obawiam się, że traktat wygaśnie, a USA nie podejmą żadnych działań, może administracja tego nawet nie odnotuje.
I co wtedy?
Stany Zjednoczone i Rosja rozpoczną rozbudowę swoich arsenałów w celu rozmieszczenia zapasowych głowic bojowych w istniejących systemach przenoszenia. Nie wydarzy się to szybko, nie będzie też tanie. Ale będzie to potwierdzenie, że wyścig zbrojeń z udziałem trzech mocarstw rozpoczął się na dobre. I będzie to wyścig droższy i groźniejszy niż ten z lat 60. i 70.
Co to znaczy? W latach 80., w szczytowym momencie zimnowojennego wyścigu zbrojeń, na świecie było ponad 70 tys. głowic jądrowych. Znowu będziemy zmierzać w tym kierunku?
Nie sądzę, abyśmy wrócili do nieprzyzwoicie wysokich liczb z tamtego okresu. Od dawna obserwujemy tendencję spadkową w zakresie liczby głowic nuklearnych. Efekt jest taki, że dzisiaj mamy nie 70 tys. głowic, tylko mniej niż 12 tys. Myślę więc, że ani USA, ani Rosja nie stworzą wielu nowych bomb. Raczej istniejące już głowice wycofają z zapasów i - w związku z absencją traktatu "New START" - rozmieszczą na aktywnych środkach przenoszenia.
Tylko dwa kraje gwałtownie zwiększają liczbę głowic jądrowych - to Chiny i ich ideologiczny brat bliźniak, czyli Korea Północna.
Z tego, co pan mówi, wynika, że nie ma żadnych szans na nowe porozumienie nuklearne.
Szanse zawsze są, ale nic nie wskazuje na to, żeby administracja USA przygotowywała się na taką ewentualność. Nie mam wątpliwości, że Rosjanie są gotowi rozmawiać, choć z drugiej strony ich stanowisko w tym i wielu innych tematach jest tak złożone i mało elastyczne, że trudno myśleć o nowym porozumieniu.
Ale przede wszystkim trudno mi sobie wyobrazić nowy traktat dlatego, że Trump mówi, że musiałyby go podpisać także Chiny. A Chiny od lat konsekwentnie odmawiają i powtarzają, że mogą wziąć udział w negocjacjach dopiero wtedy, kiedy USA i Rosja zredukują swoje arsenały do poziomu arsenału chińskiego. Trump z jakiegoś powodu wierzy, że może przekonać prezydenta Xi Jinpinga do trójstronnych negocjacji. Moim zdaniem to niemożliwe.
Wspomniał pan wcześniej, że Chiny gwałtownie zwiększają liczbę głowic. W idealnym świecie rzeczywiście powinny być więc chyba jedną ze stron traktatu nuklearnego?
Nie tylko w idealnym świecie, ale też w tym, w którym żyjemy. Układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT) wymaga od pięciu mocarstw nuklearnych, które są jego częścią, negocjacji w dobrej wierze. To główne przyrzeczenie, które państwa te składały, dołączając do NPT. W praktyce oznaczało to jednak w ostatnich latach, że USA i Rosja prowadziły negocjacje, a Chiny, Francja i Wielka Brytania pozostawały na uboczu.
To jak przekonać Chiny do rozmów?
Przez ostatnich kilka lat pracowałem nad tym problemem wraz z urzędnikami amerykańskimi i chińskimi. I prawda jest taka, że mamy do czynienia z biurokratycznym impasem. USA twierdzą, że Chiny nie chcą rozmawiać kwestiach nuklearnych. Chiny twierdzą, że mogą rozmawiać, ale USA nie składają żadnych propozycji. Pytam więc Chińczyków, dlaczego oni sami niczego nie zaproponują. I cóż, ich biurokracja jest podobna do tej w Waszyngtonie i Moskwie - po prostu nie chcą wychodzić z inicjatywą, wolą opowiedzieć na czyjąś inicjatywę.
Uważam, że potencjał na rozmowy między Stanami Zjednoczonymi a Chinami istnieje. Nie na negocjacje, ale regularne konsultacje i rozmowy, które uczyniłyby świat bezpieczniejszym miejscem. Ale ani w Waszyngtonie, ani w Pekinie nie widzę w tym momencie żadnej kreatywnej biurokracji.
W listopadzie Chiny opublikowały tzw. białą księgę na temat kontroli zbrojeń. Stwierdzają w niej, że będą prowadzić starania na rzecz "rozsądnego, racjonalnego i pragmatycznego podejścia do rozbrojenia jądrowego". Ładnie to brzmi, ale jaki tak naprawdę jest cel Chin? Chcą mieć tyle głowic jądrowych co USA i Rosja?
Trudno powiedzieć, co siedzi w głowie Xi Jinpinga. Analitycy chińskiej polityki, których cenię, wskazują, że Xi wierzy, że jeśli Chiny chcą być serio traktowane jako mocarstwo, to muszą mieć nie tylko potężną gospodarkę, wielką armię i marynarkę wojenną, ale także ogromny arsenał nuklearny.
Nic nie wskazuje na to, żeby Chiny chciały mieć aż tyle głowic co USA i Rosja. Ale myślę, że będą chcieli mieć podobną liczbę rozmieszczonych głowic jądrowych.
W naszym regionie mniej martwimy się Chinami, a więcej Rosją. Niedawno użyła ona w Ukrainie Oriesznika - rakiety zdolnej przenosić głowice jądrowe. Co jakiś czas słyszymy groźby nuklearne ze strony Rosji, o których eksperci mówią, że to propaganda mająca na celu wywołanie strachu w zachodnich społeczeństwach. To rzeczywiście propaganda? Czy ryzyko użycia broni jądrowej rośnie?
Odpowiedź na oba pytania brzmi: tak. Tak, ma to na celu zasianie strachu na Zachodzie. I tak, ryzyko użycia bomby atomowej stale rośnie. Przede wszystkim dlatego, że Putin nie odnosi dużych sukcesów w Ukrainie. Kiedy dyktator ulega frustracji, nigdy nie wiadomo, do czego może się posunąć.
Problem nie dotyczy tylko Putina, ale każdego lidera, który uważa siebie za tzw. najwyższego przywódcę - czy to Putina, czy Trumpa, czy Xi. Kiedy prawo do użycia broni jądrowej powierza się jednej osobie, która uważa się za nieomylną, zawsze istnieje ryzyko, że to zrobi.
A więc, wracając do pytania, tak, to propaganda. Powrót do sowieckiej retoryki, odzwierciedlenie sowieckich i rosyjskich zapędów imperialistycznych. Ale trzeba to traktować poważnie. Co bynajmniej nie oznacza, że należy reagować w głupi sposób.
To znaczy w jaki?
Właściwą reakcją na rosyjskie groźby jest wzmocnienie sił konwencjonalnych i budowanie solidarności państw europejskich - z udziałem USA lub nie, to już zależy od Trumpa. Głupim sposobem reagowania byłoby rozpoczęcie budowy broni jądrowej przez którekolwiek z państw, które jej w tej chwili nie posiadają.
W Polsce czasem pada z różnych stron pytanie, czy aby nie powinniśmy - w związku z naszym położeniem geograficznym - dysponować bronią jądrową jako straszakiem. Według pana to zły pomysł?
Broń atomowa nie daje bezpieczeństwa. Sprawia za to, że dany kraj staje się potencjalnym pierwszym celem ataku. Czyni też ten kraj pariasem na scenie międzynarodowej.
Im więcej krajów dysponuje bronią atomową, tym mniej bezpieczny jest świat.
Jaki będzie ten świat po 5 lutego? Kto straci najwięcej, kiedy wygaśnie traktat "New START" - USA, Rosja, a może my wszyscy?
Straci na tym cały świat. Będzie to kolejny cios dla i tak już nadszarpniętej reputacji dwóch przywódców, którzy otwarcie odrzucają prawo międzynarodowe – Trumpa i Putina. I będzie to niekorzystne zarówno dla USA, jak i Rosji. Ale wie pan co? Ci dwaj prezydenci mają to gdzieś. To reszta świata będzie cierpieć.
Rozmawiał Łukasz Dynowski, redaktor naczelny o2.pl
* Thomas Countryman - szef Biura Bezpieczeństwa Międzynarodowego i Nierozprzestrzeniania (2011-2017) i podsekretarz stanu ds. kontroli zbrojeń i bezpieczeństwa międzynarodowego (2016-2017). Przez ponad trzy dekady był związany z Departamentem Stanu USA, w którym karierę rozpoczął w 1982 r. Pracował w ambasadach USA w Belgradzie, Kairze, Rzymie i Atenach.