30 lipca w pobliżu Tarnawy-Kolonii na Lubelszczyźnie spadła rosyjska rakieta manewrująca Ch-101. Do zdarzenia doszło podczas zmasowanego rosyjskiego ataku na zachodnią Ukrainę. Wojsko wykryło w polskiej przestrzeni powietrznej niezidentyfikowany obiekt o godz. 3.40 i prowadziło jego śledzenie. Jak ustalono, rakieta zawierała materiał wybuchowy w znacznej ilości.
Problemem okazała się reakcja systemu cywilnego. W części powiatów przy granicy syreny alarmowe nie uruchomiły się w ogóle — według informacji przekazanych PAP stało się tak tylko w 10 z 17 powiatów. Tam, gdzie syreny zadziałały, zachowanie mieszkańców często nie odpowiadało zaleceniom na wypadek zagrożenia.
Alarmy i powiadomienia
Gen. rez. Jarosław Kraszewski, były dowódca Wojsk Rakietowych i Artylerii, wskazuje, że najpilniejsze wnioski dotyczą powiadamiania ludności. Podkreśla, że służby otrzymały od wojska informację o ryzyku naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie rakiety i bezzałogowce, a mimo to nie wszędzie doszło do skutecznego ostrzeżenia.
WIDEORakieta nad Polską. Jak na świecie działają systemy ostrzegania?
W ocenie generała należało użyć narzędzi państwowego systemu ostrzegania, w tym powiadomień Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Zwraca uwagę, że skoro alerty trafiają do obywateli przy okazji upałów czy gwałtownych zjawisk pogodowych, to tym bardziej powinny docierać przy zagrożeniu związanym z obiektem mogącym spaść na terytorium kraju.
Generał mówi też o niewystarczającej reakcji ludzi na sygnał syren. Według niego w sytuacji alarmu mieszkańcy powinni jak najszybciej szukać schronienia, zamiast traktować ostrzeżenie rutynowo.
Wojsko gotowe, cywile mniej odporni
Kraszewski ocenia, że system przeciwlotniczy uruchomiono odpowiednio wcześnie i armia zareagowała prawidłowo. Jego zdaniem zawiódł natomiast element cywilny, co ujawnia szerszą różnicę między gotowością wojska a przygotowaniem społeczeństwa.
W rozmowie z PAP generał wraca do dawnych rozwiązań, gdy w szkołach funkcjonowało przysposobienie obronne i organizowano obozy szkoleniowe. Podkreśla, że sama dystrybucja poradników — w formie broszur czy plików dostępnych w internecie — nie buduje automatycznych nawyków. W jego ocenie potrzebne są szkolenia i praktyczne sprawdziany, a lokalne centra zarządzania kryzysowego powinny prowadzić regularne ćwiczenia. Zwraca uwagę, że odpowiednich zachowań warto uczyć od najmłodszych lat.
- Kiedyś w Polsce kluczowym elementem systemu obrony państwa było przygotowanie społeczeństwa do różnego rodzaju zagrożeń, w tym do wojny. W programach nauczania było przysposobienie obronne (PO). Szkoły organizowały obozy PO. Jako uczeń byłem na takim obozie. Właśnie wtedy zrodziło się moje zamiłowanie do wojska. Być może należałoby do tego wrócić - mówi generał w rozmowie z PAP.
Pytany o ewentualną aplikację ostrzegającą przed atakami, podobną do rozwiązania używanego na Ukrainie, generał odpowiada, że najpierw trzeba nauczyć ludzi właściwych reakcji, a dopiero później budować kolejne narzędzia.
Dlaczego Rosja testuje granice i co to oznacza dla Polski
Kraszewski wiąże incydent na Lubelszczyźnie z szerszym działaniem Rosji. Jego zdaniem Federacja Rosyjska prowadzi wobec Polski wojnę hybrydową od 2014 r., a kolejne incydenty mają sprawdzać, na ile państwo jest przygotowane na kryzys.
Za wcześniejszy sygnał ostrzegawczy uznaje upadek rakiety Ch-55 sprzed ponad trzech lat w rejonie Bydgoszczy. Wskazuje, że w tym mieście działają ważne dla obecności NATO w Polsce struktury, m.in. Centrum Szkolenia Sił Połączonych NATO (JFTC) oraz inne jednostki i elementy wsparcia, a także instytucje ważne dla funkcjonowania polskich sił zbrojnych. W jego ocenie miało to pokazywać, że Rosja może dosięgnąć newralgicznych obszarów.
W przypadku Ch-101, która spadła w pobliżu Tarnawy-Kolonii, generał zakłada, że był to raczej skutek awarii lub błędu nawigacji.
- Rakieta Ch-101 spadła w okolicach Tarnawy-Kolonii zapewne przypadkowo - z powodu awarii lub błędu nawigacji. Nie chcę wchodzić w technikalia, ale wskazuje na to choćby lej po wybuchu. Okoliczności eksplozji zbada specjalna komisja wojskowa, ale niezależnie od wyniku śledztwa, należy potraktować ten incydent jako kolejny dzwonek alarmowy. Niestety, dzięki temu Rosjanie dowiedzieli się, że polskie systemy obrony cywilnej są uśpione, więc w razie potencjalnego ataku Polacy zareagują z opóźnieniem. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że dojdzie wtedy do chaosu, który doprowadzi do blokady dróg, utrudniając przemieszczanie się wojska, policji, straży pożarnej, itd. - podkreśla rozmówca PAP.
Generał przyznaje, że jako rakietowiec opowiada się za jak najszybszym zwalczaniem pocisków, gdy istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że lecą w kierunku Polski. Zaznacza, że szczególnie poważnie należy traktować sytuacje, gdy istnieją przesłanki, że może to być Ch-101 — rakieta, która według jego słów może służyć także jako nośnik głowic jądrowych.
Kraszewski ocenia, że z militarnego punktu widzenia najlepiej byłoby niszczyć takie obiekty jeszcze nad terytorium Ukrainy, bo to mogłoby ograniczać potencjalne straty. Jednocześnie wskazuje na kluczowy problem polityczny: Rosja mogłaby uznać zestrzelenie swojej rakiety nad Ukrainą za bezpośrednie włączenie się Polski do wojny.
Pytany o ewentualne zestrzelenie kolejnej rakiety, która znalazłaby się nad Polską, odpowiada jednoznacznie: - Bez wahania - mówił gen. rez. Jarosław Kraszewski w rozmowie z PAP, zastrzegając, że wymagałoby to zgody władz politycznych.