Ksiądz Stanisław Małkowski zmarł 7 września w wieku 82 lat. Był zasłużonym działaczem opozycji antykomunistycznej, przyjacielem zamordowanego ks. Jerzego Popiełuszki. Za swoją postawę został odznaczony Orderem Orła Białego.
Na jego pogrzebie zjawił się tłum ludzi. Duchowny został pochowany w prostej trumnie na Powązkach Wojskowych w Warszawie. Organizatorem pogrzebu była Archidiecezja Warszawska. - Był zapatrzony w Jezusa Chrystusa, który, mamy nadzieję, dziś przyjmuje go do siebie - mówił w homilii ks. infułat Jan Sikorski.
Obecny był także ks. Jarosław Wąsowicz, kapelan Prezydenta RP. Przed rozpoczęciem liturgii Agnieszka Jędrzak, podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP, odczytała list od Karola Nawrockiego.
Na cmentarzu, gdy już chowano ks. Stanisława Małkowskiego, jeden z żałobników dopisał długopisem na tabliczce z personaliami zmarłego "Ks.", czyli skrót od słowa ksiądz. Znani dziennikarze Tadeusz Deszkiewicz i Wojciech Sumliński, pytają na Facebooku, czy brak słowa ksiądz był celowym zachowaniem organizatorów pogrzebu.
O ile wiem wspaniały Duszpasterz Ksiądz Stanisław Małkowski był kapłanem. Archidiecezja Warszawska, która była organizatorem uroczystości pogrzebowych: Czy brak słowa "Ksiądz" na tabliczce był spowodowany zapomnieniem, czy celowym działaniem. Proszę o wyjaśnienie - napisał Deszkiewicz, były prezes Polskiego Radia RDC.
Więcej na temat sytuacji z Powązek Wojskowych napisał pisarz i dziennikarz prawicowy Wojciech Sumliński.
Wymowny SKANDAL na pogrzebie ks. Stanisława Małkowskiego! Kapelana Solidarności i przyjaciela bł. ks. Popiełuszki pochowano pod tabliczką, na której nie było słowa "ksiądz". Słowo "ks." musiał dopisać flamastrem jeden z żałobników, po awanturze nad otwartym grobem... Nie zrobił niczego, żeby to naprawić – ani biskup, ani nikt z kurii. Zrobił to zwykły człowiek z tłumu, który wiedział, kogo chowamy. Niech nikt mi nie mówi o pomyłce – ten ksiądz przez czterdzieści lat był bowiem dla swoich przełożonych jedną wielką "pomyłką", którą próbowano wymazać. W 1984 r., zaledwie kilka tygodni po zamordowaniu ks. Popiełuszki, prymas Glemp rozesłał do proboszczów pismo zarzucające jego najbliższemu przyjacielowi, księdzu Małkowskiemu "szerzenie nienawiści". Nie wolno było go zapraszać z kazaniami, a jego samego odesłano na Cmentarz Północny, żeby odprawiał pogrzeby i milczał. SB zabiła ks. Jerzego – a Stasia uciszyli "swoi". Potem upadła komuna, a ksiądz nadal siedział na cmentarzu. Zmarł Kiszczak, zmarł Glemp, a ksiądz wciąż był na cmentarzu. Jak sam opowiadał, kanclerz kurii odnalazł w archiwum pismo z 1984 r. i uznał, że skoro nikt tego pisma nie odwołał, to nadal obowiązuje. Zakaz ze stanu wojennego przetrwał w wolnej Polsce, bo nikomu w kurii nie przyszło do głowy go uchylić. (…) W książce "Ksiądz", którą napisałem razem z ks. Małkowskim właśnie – wspominał, że po obronie krzyża na Krakowskim Przedmieściu usłyszał od kościelnych hierarchów: "Spóźniłeś się, Stasiu, na męczeństwo, teraz możesz być co najwyżej obsikany ciepłym moczem". Mimo to ani razu nie odwrócił się od Kościoła i nie zdjął sutanny. Na koniec dostał tabliczkę bez "ks." Przez czterdzieści lat komuś bardzo zależało, żeby Małkowski był jak najmniej księdzem. Nie udało się to SB, nie udało się kurii i nie udało się dzisiaj, bo nad grobem stał człowiek z flamastrem – czytamy wpis dziennikarza.
Archidiecezja Warszawska na razie nie skomentowała sprawy.