Trzy minuty do tragedii. Nie ma nagrań z baru. Tajemnicze okoliczności
"Bild" ujawnia, że właściciel baru ze Szwajcarii, w którym w sylwestra doszło do pożaru, mógł zniszczyć dowody. Brakuje nagrań z piwnicy. Jego telefon skonfiskowano po tygodniu, a w aktach sprawy nie ma informacji o przeszukaniu domu.
Jak informuje "Bild", szwajcarskie służby mają nagrania z baru, w którym doszło do tragicznego pożaru w sylwestrową noc. Problem w tym, że to obraz wyłącznie do godz. 1:23, czyli na trzy minuty przed pożarem.
W tym momencie system się zawiesił. Nie mogę go zresetować - twierdził Jacques Moretti podczas pierwszego przesłuchania 1 stycznia. - Jestem zdruzgotany tym, co się stało. Czuję się winny, że nie byłem w stanie ich ochronić - cytuje "Bild" jego słowa.
Według niemieckiego dziennika, kilka godzin po pożarze w barze, z sieci zaczęły znikać zdjęcia i filmy dokumentujące lokal. Nie ma również żadnych nagrań z monitoringu piwnicy, w której doszło do tragedii.
Jacques Moretti w kolejnych dniach miał przedstawić policji zrzuty ekranu z ostatnich nagrań. To miało być jedenaście zdjęć m.in. z piwnicy i palarni.
Co ważne, telefon Morettiego został skonfiskowany dopiero 9 stycznia. Wówczas interweniowali prawnicy osób poszkodowanych. W aktach sprawy nie ma informacji o nakazie przeszukania domu. Według niemieckiego dziennika, to może sugerować, że właściciel miał czas, aby ewentualnie zniszczyć dowody.
Jednocześnie, żona właściciela, Jessica Moretti sugeruje, że sprawczynią pożaru może być kelnerka Cyane P. Nieświadoma zagrożenia, trzymała butelki z zimnymi ogniami zbyt blisko sufitu, pokrytego łatwopalnym materiałem dźwiękoszczelnym. Kobieta miała nie wiedzieć o zagrożeniu.
Przypomnijmy, że w lokalu doszło do pożaru, w wyniku którego zginęło 40 osób, a blisko 120 zostało rannych.