Jak relacjonuje ksiądz, wszystko zaczęło się od radosnej wiadomości. Udało się zdobyć niewielki, choć wiekowy, ale sprawny samochód. Miał służyć do krótkich, miejskich kursów – podwożenia do lekarza, załatwiania spraw urzędowych czy transportu osób potrzebujących wsparcia. Tego właśnie brakowało.
W piątek, mimo trudnych warunków pogodowych, auto zostało użyte. Decyzja – jak sam przyznał – mogła być nierozważna. Na śliskiej nawierzchni samochód stracił przyczepność. To, co wydarzyło się później, brzmiało jak scenariusz najgorszego koszmaru: poślizg, dachowanie i dramatyczne zatrzymanie poza jezdnią.
Dramat na przejściu dla pieszych. 60-latek potrącił nastolatkę
Ksiądz relacjonuje. Strach i ulga
Pierwsze chwile po wypadku były pełne napięcia. Ks. Tomasz Kancelarczyk nie ukrywa, że był zdenerwowany. Ulgę przyniosła dopiero informacja, że żadna z czterech jadących osób nie odniosła poważnych obrażeń. Jedna osoba skarżyła się na ból ręki, ale wszyscy przeżyli.
Choć samochód nadaje się do kasacji, duchowny podkreśla, że w obliczu takiego zdarzenia to rzecz drugorzędna. Najważniejsze jest życie. "Nikomu nic się nie stało! Wszyscy żyją!" – napisał z wyraźną wdzięcznością.
"Samochód nieważny, życie jest ważne"
W swoim wpisie ksiądz przyznał, że takie ekstremalne sytuacje boleśnie przypominają o tym, co naprawdę ma znaczenie. Zadeklarował, że chce bardziej cieszyć się obecnością ludzi wokół siebie i doceniać każdy dzień.
Na miejscu zdarzenia pojawiła się policja. Jak relacjonuje duchowny, funkcjonariusze podeszli do sprawy ze zrozumieniem i nie nałożyli mandatu. Sam zainteresowany przyznał jednak z dystansem, że na ich miejscu byłby bardziej surowy.
Choć wypadek zakończył się utratą samochodu, dla uczestników był przede wszystkim lekcją pokory i wdzięczności. Jak podsumował ks. Tomasz Kancelarczyk – to był dobry dzień. Bo wszyscy wrócili do domu żywi.