1000 Kenijczyków walczy na wojnie w Ukrainie. Tyle zarabiają najemnicy
Rosja zwerbowała ponad 1000 Kenijczyków i wysłała ich na wojnę z Ukrainą - wynika z raportu kenijskiego wywiadu, przedstawionego parlamentowi w Nairobi.
Śledztwo kenijskiej Narodowej Służby Wywiadowczej (NIS), którego wyniki opublikowano we wtorek, ustaliło liczbę najemników z Kenii na ponad 1000 - znacznie więcej niż liczba około 200 podana przez władze w grudniu.
Z najnowszego raportu wynika, że 89 Kenijczyków nadal przebywa na pierwszej linii frontu, 39 zostało hospitalizowanych, a 30 repatriowano. Jak się okazuje, służby wciąż nie mogą się doliczyć dziesiątek osób, które wyjechały do Rosji, ale brak o nich jakichkolwiek informacji.
Tyle płacą najemnikom
Najemnicy, w tym byli żołnierze, policjanci oraz cywile, byli kuszeni wysokimi wynagrodzeniami. Oferowano im nawet 2700 dolarów miesięcznie oraz premie do 9 tys. dolarów. W perspektywie możliwe było również uzyskanie rosyjskiego obywatelstwa. Rekrutacja przyciągnęła także wielu Kenijczyków pracujących na Bliskim Wschodzie i w Azji.
W swoim raporcie NIS szczegółowo opisała mechanizm werbunku, jak i szlaki, którymi przemycano chętnych do walki z Ukraińcami Kenijczyków. Początkowo najemnicy odlatywali z lokalnych lotnisk, co wzbudziło podejrzenia. W odpowiedzi zmieniono szlaki na bardziej skomplikowane, prowadzące przez Ugandę, Demokratyczną Republikę Konga i RPA.
Kenijczycy wciąż opuszczają kraj na wizach turystycznych. Aby wstąpić do rosyjskiej armii lecą przez Turcję i Zjednoczone Emiraty Arabskie - powiedział przewodniczący większości parlamentarnej Kimani Ichung'wah.
Śledztwo wykazało również współpracę nieuczciwych agencji rekrutacyjnych z pracownikami lotnisk oraz urzędnikami ds. bezpieczeństwa. Działo się to przy wsparciu dyplomatów w ambasadach Rosji i Kenii.
Po dotarciu do Rosji, najemnicy przechodzili krótkie szkolenie, po którym od razu trafiali na front. Aby zapobiec dezercji, konfiskowano im paszporty.
Kenijscy posłowie wezwali Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, śledczych, a także służby dyplomatyczne do identyfikacji i ścigania osób odpowiedzialnych za tę operację.
Źródło: PAP