"Byłem pod wpływem stresu". Zeznania kolegi Łukasza Żaka

Przed sądem w Warszawie odbyła się kolejna rozprawa dot. Łukasza Żaka, oskarżonego o spowodowanie śmiertelnego wypadku na Trasie Łazienkowskiej w Warszawie. - Nie miałem zamiaru świadomie pomagać komukolwiek. Byłem pod wpływem ekstremalnego stresu - cytuje "Super Express" jednego z kolegów Żaka.

Łukasz Żak przed sądem.Łukasz Żak przed sądem.
Źródło zdjęć: © PAP | Radek Pietruszka
Mateusz Kaluga

Proces dotyczący tragedii na Trasie Łazienkowskiej wszedł w finałową fazę. Mowy końcowe zaplanowano na poniedziałek, a tuż przed nimi sąd wysłuchał relacji kolegów Łukasza Żaka. Zeznawali m.in. o tym, jak wyglądało miejsce wypadku, gdy do niego dojechali, i jakie działania podejmowali na jezdni.

Na ławie oskarżonych, obok Łukasza Żaka, zasiada jeszcze sześciu jego znajomych. Prokuratura stawia im zarzuty, które mają dotyczyć m.in. pomocy w ucieczce sprawcy i zacierania śladów po zdarzeniu.

Według opinii przywołanej w sądzie volkswagen, którym miał kierować Łukasz Żak, jechał ok. 226 km/h, mimo że na tym odcinku obowiązywało ograniczenie do 80 km/h. Kierowca miał być pod wpływem alkoholu, a jazdę nagrywał telefonem. W wyniku zderzenia z fordem zginął 37-letni pasażer rodzinnego auta. Jego żona oraz dwoje małych dzieci odniosły ciężkie obrażenia.

W poniedziałek zeznawał Damian J., który jechał drugim samochodem razem ze znajomymi oskarżonego. Przekonywał, że przed wyjazdem z klubu nie zwracał uwagi na to, kto wsiadł za kierownicę volkswagena, bo grupa rozdzieliła się na dwa auta, a jego samochód jechał z tyłu. - Dopiero kiedy dojechaliśmy na miejsce, zorientowaliśmy się, że to samochód, który znamy. Krzyknąłem: "K...a, to nasi". Dlatego się zatrzymaliśmy - cytuje jego słowa "Super Express".

Damian J. mówił też o zachowaniu innych kierowców. Relacjonował, że bardzo szybko kolejne samochody zaczęły hamować, a ludzie przechodzili przez barierki, próbując ocenić, co się stało. Sam nie zadzwonił na numer alarmowy, bo jego telefon miał być rozładowany. Świadek zaprzeczył również, by widział Łukasza Żaka wysiadającego z miejsca kierowcy.

Ludzie mówili, że w środku są dzieci. Może zadziałał instynkt rodzicielski. Kilkukrotnie pytałem tylko o dzieci. Zdjąłem z siebie kamizelkę i przykryłem ją. Powiedziałem też, żeby jej nie przenosić, bo bałem się urazu kręgosłupa. Uważałem, że tyle mogłem zrobić - cytuje se.pl Damiana J.

Przed sądem wypowiadał się także Adam K., który odniósł się do zeznań jednej ze świadków. Zapewniał, że sugestie, iż próbował sobie zapewnić alibi, są nieprawdziwe.

- Nie miałem zamiaru świadomie pomagać komukolwiek. Byłem pod wpływem ekstremalnego stresu. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego wypadku drogowego, w którym uczestniczyli moi znajomi. Nie było moim zamiarem pozostawić kogokolwiek bez pomocy ani pomagać komukolwiek w ucieczce - zapewniał przed sądem cytowany przez "Super Express".

Wybrane dla Ciebie