"Izraelska pułapka" Trumpa. "Dał się wciągnąć"
Izrael uderzył w Teheran, mimo że Donald Trump publicznie tego zakazał. W opinii prof. Krzysztofa Wasilewskiego, Stany wpadły w izraelską pułapkę, z której trudno będzie się wykaraskać. - Dał się wciągnąć Izraelowi w konflikt i nie może się z niego wycofać - mówi amerykanista w rozmowie z o2.pl. Wasilewski wskazał też, dlaczego Trump traci poważanie na świecie.
- Izrael, wbrew woli i zapowiedziom Donalda Trumpa, uderzył w Iran rakietami.
- Izraelski premier Binjamin Netanjahu kompletnie zlekceważył prezydenta USA, który stwierdził, że ewentualny rozejm USA i Iranu zakończy wojnę.
- - Ja podejmuję wszystkie decyzje. Netanjahu nie podejmuje żadnych decyzji – powiedział w rozmowie z mediami Trump. Izraelskie władze nie przyjęły tego do wiadomości.
- Amerykanista, prof. Krzysztof Wasilewski z Politechniki Koszalińskiej wskazuje w o2.pl, że "Trump znalazł się w trudnej sytuacji", ale wyłącznie "z własnej woli".
Donald Trump od kilku dni zapewnia, że wojna Izraela, USA i Iranu zbliża się do końca. Amerykański prezydent powiedział nawet, że "to on podejmuje wszystkie decyzje", a Netanjahu nie ma decydującego głosu. Mimo sprzeciwu Trumpa Iran i Izrael rozpoczęły w poniedziałek (8 czerwca) kolejną wymianę ognia. Amerykanista z Politechniki Koszalińskiej - prof. Krzysztof Wasilewski w rozmowie z o2.pl przestrzega jednak przed twierdzeniem, że nikt już nie słucha głosu Trumpa. - Jakikolwiek by nie był sam Trump, to jego decyzje wpływają na losy Amerykanów, ale też obywateli wielu krajów na Ziemi – zauważył.
Marcin Lewicki, dziennikarz o2.pl: Izrael zaatakował Iran, pomimo sprzeciwu Stanów Zjednoczonych. Donald Trump nawoływał do zawieszenia broni, ale nie powstrzymało to Binjamina Netanjahu. Czy amerykański prezydent kompletnie stracił kontrolę nad Bliskim Wschodem? A może nikt go już nie słucha?
Prof. Krzysztof Wasilewski, amerykanista, Politechnika Koszalińska: To trudne pytanie. Myślę jednak, że są na świecie przywódcy, którzy nadal Donalda Trumpa słuchają. To nadal przywódca najsilniejszego państwa na świecie. Jakikolwiek by nie był sam Trump, to jego decyzje wpływają na losy Amerykanów, ale też obywateli wielu krajów na Ziemi.
Byli w samolocie, gdy usłyszeli alarm. "Rakiety lecą, musimy wysiąść"
Nie zmienia to faktu, że Netanjahu kompletnie zlekceważył Trumpa. Przecież prezydent USA zapowiedział, że będzie chciał powstrzymać Izrael przed atakiem powietrznym na Iran. Trump miał uspokoić sytuację.
Prezydent Trump znalazł się w tej trudnej sytuacji z własnej, nieprzymuszonej woli. Dał się wciągnąć Izraelowi w konflikt i nie może się z niego wycofać. Widać, że administracja amerykańska nie do końca przemyślała ten ruch. Ślepo uwierzono izraelskim politykom, że wojnę można skończyć w ciągu kilku tygodni. Tak się nie stało.
Nie dziwię się Izraelowi, który od dekad realizuje swoją politykę. Politycy izraelscy chcą na nowo zbudować Bliski Wschód i starają się to robić konsekwentnie. To nic nowego. Natomiast tak szerokie zaangażowanie USA jest nowością i Trump szuka sposobu, jak z tej sytuacji wybrnąć.
Idzie mu to topornie. Wielokrotnie słyszeliśmy, że wojna z Iranem się już kończy, a rozejm leży na stole.
To prawda. Co tydzień słyszymy zapewnienia, że rozmowy są już na ukończeniu, po czym Iran atakuje Izrael i odwrotnie. Celem są też amerykańskie bazy wojskowe. Stany Zjednoczone są w bardzo trudnym położeniu. Nie chcą angażować się już bardziej w konflikt, który mogłoby rozwiązać wysłanie wojsk i podbicie Iranu. Jednak Trump raczej nie zdecyduje się na taki krok. Ta wojna jest bardzo niepopularna w Stanach Zjednoczonych, również wśród jego wyborców. Wysłanie np. 100 tys. żołnierzy do Iranu wiązałoby się z kolosalnym spadkiem popularności Trumpa na każdym polu.
To co zrobi faktycznie prezydent USA?
Tego nikt nie wie. Sam Donald Trump w ostatnich wywiadach dawał znać, że wojska amerykańskie mogą wycofać się z Bliskiego Wschodu, bez względu na to, czy osiągnięte zostaną wcześniej wyznaczone cele. Definiowanie sukcesu na tym polu zależy od humoru Trumpa. Ostatnio prezydent USA powiedział np., że główny cel został osiągnięty i Iran przez lata nie będzie mógł odbudować potencjału nuklearnego. To może być pretekst do wycofania wojsk z części Bliskiego Wschodu.
Z drugiej strony, Trump stawia na szali relacje z sojusznikami na Bliskim Wschodzie. Chodzi tu zwłaszcza o Arabię Saudyjską, Katar, Oman i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Dla tych państw USA są głównym protektorem w regionie. Wycofanie się Amerykanów z konfliktu z Iranem bez porozumienia byłoby sygnałem dla bliskowschodnich partnerów, że na USA nie można polegać.
Mam wrażenie, że podobny scenariusz pisze się w Ukrainie. Tam również Władimir Putin nie słucha Donalda Trumpa, a zapowiadany przez niego wielokrotnie "pokój" do dziś jest tylko mrzonką.
W przypadku Ukrainy jest jednak trochę inaczej. Trump po prostu nie jest zainteresowany tym konfliktem. Traktuje go jak wojnę regionalną. Iran kreowany jest jako państwo, które może zagrażać interesom USA (np. przez pryzmat potencjału nuklearnego). Rosja, w opinii Donalda Trumpa oczywiście, nie jest zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych. Widzę, że amerykańska dyplomacja ten temat odpuściła.
Pamiętajmy, że za dyplomację w Iranie i Ukrainie odpowiadają ci sami ludzie, czyli Steve Witkoff i Jared Kushner. Nie mają oni możliwości, aby skutecznie prowadzić rozmowy na dwóch tak szerokich frontach. Brak skupienia się na jednym temacie sprawi, że dyplomacja nie przyniesie żadnych skutków, a rozczarowanie. Poza tym Trump chce robić z Rosją interesy. Z tego powodu próbuje uniknąć otwartego konfliktu z Putinem.
Czy działania dyplomatyczne Witkoffa i Kushnera możemy ocenić pozytywnie? Unia Europejska odcina się od amerykańskiej polityki i zamawia sprzęt wojskowy np. w Azji. Konflikt w Iranie nie wygląda na bliski końca. Trwa wojna rosyjsko-ukraińska. Nawet Wenezuela utrzymała reżim w ryzach, mimo buńczucznych zapowiedzi Donalda Trumpa o możliwej rewolucji. Czy ta skuteczność Stanów Zjednoczonych nie jest dużo niższa niż np. w trakcie pierwszej kadencji Trumpa?
Oczywiście, że tak jest, ale to wyłącznie wina Donalda Trumpa. Z własnej woli prezydent zdecydował, że ograniczy rolę USA na świecie. Jednocześnie amerykański przywódca oczekiwał, że politycznie nic się nie zmieni. "Przestaniemy gwarantować bezpieczeństwo Europie, a mimo to Europa będzie pozostawała w amerykańskiej strefie wpływów i nadal będzie kupować sprzęt militarny od USA". Dokładnie tak myślał Trump. I się zdziwił. Podobnie jest w innych częściach świata. To dowód na chaos i brak profesjonalizmu jego administracji.
Pierwsza administracja Trumpa była bardziej profesjonalna?
Z pewnością miała doświadczenie - nie tylko polityczne, ale też biznesowe (np. w zakresie międzynarodowym). To umożliwiało osobom stojącym na czele np. Departamentu Stanu podejmowanie autonomicznych decyzji, niekiedy bez konsultacji z Trumpem.
Natomiast dziś mamy sytuację, że na czele amerykańskiego Departamentu Obrony stoi celebryta, który nie ma żadnego doświadczenia w pełnieniu funkcji kierowniczej. Nawet wojskowa przygoda Pete’a Hegsetha była krótka i nie odegrała istotnej roli. Hegseth nigdy nie był w bezpośrednim polu walki, nawet w Iraku, gdzie służył.
To wszystko sprawia, że działania prowadzone są "od problemu do problemu". Grenlandia, Wenezuela, Kuba, Bliski Wschód, Ukraina, a nawet Unia Europejska. Trump ma konflikty wszędzie. Bilans półtora roku jego rządów jest w mojej ocenie bardzo słaby. Globalnie Donald Trump wprowadza chaos i niszczy obecny, stabilny system światowy.