Jechała autobusem nr 186. Kulisy dramatycznego wypadku

Pasażerowie ujawniają dramatyczne kulisy wypadku autobusu linii 186 w Warszawie. Z relacji świadków wynika, że po pierwszym zderzeniu kierowca kontynuował jazdę, a przerażeni ludzie błagali o zatrzymanie pojazdu. MZA tłumaczy, że mogło dojść do awarii i zapowiada wyjaśnienie sprawy.

Miejsce wypadku w Warszawie.Miejsce wypadku w Warszawie.
Źródło zdjęć: © PAP | Paweł Supernak
Mateusz Kaluga

5 lipca w Warszawie doszło do wypadku autobusu linii nr 186. Dramat rozpoczął się na skrzyżowaniu ulic Grójeckiej i Bitwy Warszawskiej 1920 r. Tam przegubowy autobus Solaris Urbino 18 (należący do Miejskich Zakładów Autobusowych) zderzył się z tramwajem linii nr 14.

Po drodze staranował kilkanaście aut. W końcu wjechał w schody prowadzące do przejścia podziemnego w rejonie Ronda Zesłańców Syberyjskich przy Dworcu Zachodnim.

Poszkodowanych zostało 6 osób. Dwie osoby trafiły do szpitala. 58-letni kierowca był trzeźwy. Z wstępnych ustaleń wynika, że mogło dojść do awarii czujnika przyspieszenia, układu kierowniczego lub hamulcowego.

Dziennikarze "Uwagi!" dotarli do pasażerów, którzy jechali feralnego dnia autobusem. - Nagle poczułam wstrząs, podskoczyliśmy, zarzuciło nami. Okazało się, że kierowca uderzył w słup i zerwał lusterko - mówi redaktorom pani Monika. - Wtedy też pasażerowie zaczęli coraz głośniej reagować. Krzyczeli: "Co pan robi, co się dzieje?"

Na przystanku Banacha kierowca zatrzymał się, ale, jak się okazuje, pasażerowie nie opuścili pojazdu. Mężczyzna zamknął drzwi i ruszył dalej.

Zaczęłam krzyczeć, kopać w jego drzwi. On wykonał bardzo gwałtowny manewr skrętu w prawo. Uderzył w znak. Myślałam, że to już jest koniec, że wytraci prędkość i będziemy mogli uciec. Ale nie, cały czas krzyczeliśmy: "Wypuść nas, wypuść nas!" - opisuje "Uwadze!" pani Monika.

Pasażerka z tramwaju twierdzi, że widziała autobus, który wszystko taranował. Według niej cała sytuacja była zadziwiająca.

- Jak tylko się zatrzymaliśmy, zaczęłam krzyczeć, inni też krzyczeli: "Uciekajmy!" I wszyscy zaczęliśmy wydostawać się przez wybitą szybę. Poczułam, jak krew leci mi z głowy, bo była porozcinana przez szkło – mówi pani Monika "Uwadze".

To nie jest standardowe postępowanie kierowcy, bo wiedząc, że ma już uszkodzenia, nie powinien kontynuować jazdy. Powinien zatrzymać się i poczekać na służby techniczne – przyznaje w programie Jan Kuźmiński, prezes zarządu Miejskich Zakładów Autobusowych w Warszawie.

Dodaje, że kierowca po zatrzymaniu zadzwonił do centrali ruchu. Wtedy powiedział o awarii hamulców i że potrzeba "kilku karetek". Prezes zapewnia, że w autobusie dwa miesiące wcześniej wymieniany był silnik.

Zostaliśmy pozostawieni w bezsilności, bezradności, ze swoimi lękami. Nie było wyciągniętej ręki – ubolewa w "Uwadze" pani Monika. Prezes MZA zapewnia, że najpierw pomoc zapewniono kierowcy, a pasażerom podano telefony do specjalistów i może refundować spotkania.

Wybrane dla Ciebie