Do karambolu doszło 5 lipca. Autobus linii nr 186 wjechał do podziemnego korytarza dla pieszych i uderzył dachem w strop. Wszystko działo się pod Rondem Zesłańców Syberyjskich, w rejonie Dworca Zachodniego w Warszawie. Rannych zostało sześciu pasażerów, a dwie osoby, w tym małe dziecko, przewieziono do szpitali. Pojazd przejechał ok. kilometra, a po drodze uszkodził inne auta, w tym tramwaj.
Śledztwo po wypadku prowadzi Prokuratura Rejonowa Warszawa-Ochota. Postępowanie toczy się w kierunku sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym.
Kierowca autobusu został już przesłuchany. Na tym etapie nie usłyszał jednak zarzutów. Z ustaleń prokuratury wynika, że na razie za wcześnie na przesądzanie, czy zawinił człowiek, czy zawiódł sprzęt - podaje "Super Express".
Wszystko jest uzależnione od tego, co będzie w opinii stanu technicznego autobusu i z czarnej skrzynki. Z relacji kierowcy wynika, że to nie on ponosi odpowiedzialność - zdradza se.pl prokurator Piotr Antoni Skiba, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Na razie nie wiadomo, dlaczego doszło do wypadku autobusu miejskiego w Warszawie. Jednym z pierwszych tropów była awaria układu hamulcowego, bo kierowca miał sygnalizować problemy z hamowaniem. Pojawiła się też hipoteza dotycząca elektroniki związanej z przyspieszaniem.
Policja przekazała, że kierowca nie był pod wpływem alkoholu ani narkotyków. Prezes Miejskich Zakładów Autobusowych informował, że to 58-letni pracownik związany ze spółką od kilku lat.
Przeszedł już na emeryturę i chciał sobie dorobić na umowę zlecenie. Jeździł w dwa weekendy w miesiącu. W sumie cztery dni. Twierdzi, że zablokował mu się układ hamulcowy albo kierowniczy, ale gdyby rozszczelniła się w nich hydraulika, to autobus powinien się zablokować automatycznie - wyjaśniał w rozmowie ze "Stołeczną" prezes MZA Jan Kuźmiński.