Koszmar w rodzinie zastępczej. 8-latek bity i wystawiany na mróz. "To potwory"
Policja i prokuratura badają sprawę maltretowania ośmiolatka w rodzinie zastępczej. Dziecko miało być wystawiane boso na mróz i bite drewnianym kijem.
Najważniejsze informacje
- Świadek nagrał chłopca stojącego boso w piżamie na śniegu; nagranie trafiło na policję.
- Troje dorosłych usłyszało zarzuty znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad ośmiolatkiem.
- Sprawdzane jest działanie instytucji, które kwalifikowały i kontrolowały rodzinę zastępczą.
Rodzinny dramat wyszedł na jaw po nagraniu, na którym widać chłopca stojącego na śniegu w samej piżamie. Interwencja rozpoczęła łańcuch czynności służb, a prokuratura mówi dziś o przemocy o szczególnym okrucieństwie.
Sprawę opisał program "TVN Uwaga". To tam matka chłopca, pani Bibiana, opowiedziała, że oddała dzieci do rodziny zastępczej po decyzji sądu, wierząc, że będą bezpieczne. Jak relacjonuje, szybko okazało się inaczej.
Świadek, który przejeżdżał obok domku letniskowego, nagrał scenę i przekazał materiał policji. Mundurowi zidentyfikowali rodzinę, która akurat spędzała tam ferie, a następnie po powrocie do ich domu zadali pytania o los chłopca.
Groził nożem, bo przelew nie dotarł. Policja opublikowała wideo
Tłumaczenia były dosyć pokrętne. Matka zastępcza twierdziła, że dziecko może znajdować się na terenie Łodzi u swojej ciotki, a w pewnym momencie chłopiec wszedł do lokalu - mówi dla "TVN Uwagaz" sierż. sztab. Bartłomiej Arcimowicz.. I dodaje: - Chłopiec posiadał liczne zasinienia na buzi, na odkrytych częściach ciała.
Według prokuratora Pawła Jasiaka, dziecko wskazało na bicie długim, drewnianym kijem oraz kary wymierzane za błahe przewinienia, takie jak brak skompletowanej bielizny. W relacjach pojawia się także wystawianie na mróz w samej piżamie oraz poniżające formy przymuszania do klęczenia nago z rękami wysuniętymi do przodu. Śledczy podkreślają, że to katalog zachowań, które mogą wypełniać znamiona znęcania się ze szczególnym okrucieństwem.
Nie wyobrażam sobie i nawet nie chcę sobie wyobrażać, co moje dziecko musiało tam przejść. To potwory - denerwuje się pani Bibiana, biologiczna matka chłopca.
Karolina i Dawid, rodzice zastępczy, opiekowali się w sumie siedmiorgiem dzieci w Zgierzu (woj. łódzkie). Według relacji sąsiadów nic nie wskazywało na przemoc, jednak bliscy chłopca twierdzą, że kontakt z dziećmi był ograniczany.
Pani Bibiana opisała dziennikarzom ostatnie spotkanie przed policyjną interwencją: zauważyła zadrapania i siniaki, ale słyszała wyjaśnienia, że to efekt przypadkowego podrapania. Jak twierdzi dziadek chłopca, w domu miało dochodzić do wysługiwania się starszymi dziećmi przy codziennych obowiązkach.
W tle pojawiają się wątpliwości dotyczące procedury kwalifikacji. Starostwo w Zgierzu przekazało "Uwadze", że para nie wzbudziła tam zaufania i wskazywało na brak współpracy oraz zatajanie informacji, podczas gdy status rodziny zawodowej uzyskali w Świętochłowicach.
Koszmar w rodzinie zastępczej. Są zarzuty
Śledczy postawili zarzuty trojgu dorosłym: obojgu rodzicom zastępczym oraz mężczyźnie mieszkającemu z nimi. Chodzi o znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem, za co grozi do 10 lat więzienia.
Równolegle prokuratura przygotowuje odrębne postępowanie, które ma wyjaśnić działanie instytucji odpowiedzialnych za kwalifikację i nadzór nad rodziną zastępczą.
Z materiału wynika też kontekst finansowy systemu pieczy zastępczej: zawodowa rodzina otrzymuje miesięczne wynagrodzenie, a do tego świadczenia na każde dziecko oraz 800 plus.
Przy siedmiorgu dzieci łączna kwota mogła sięgać ok. 20 tys. zł miesięcznie. Te wyliczenia pojawiły się w wypowiedziach urzędników i stanowią jeden z wątków, który – jak wskazują rozmówcy – mógł motywować parę do ubiegania się o kolejne dzieci.
Nie wiedziałam, co się u dzieci dzieje. I pojechaliśmy do nich znienacka. Syn miał zadrapania i siniaka. Karolina stwierdziła, że on się podrapał. Pytałam syna, co się stało, ale on powiedział to samo. Jednak będąc tam, nie mogliśmy zostać sami z dziećmi. Karolina ciągle przy nas była - powiedziała w programie biologiczna matka dziecka.
Szkoła i frekwencja. Krótki czas na reakcję
Dyrekcja szkoły, do której uczęszczało rodzeństwo od listopada do końca stycznia, podkreśla, że był to zbyt krótki okres, by wychwycić alarmujące sygnały. Zwrócono uwagę na niską frekwencję i tłumaczenia opiekunów problemami zdrowotnymi. Dzieci nie wróciły po feriach, kiedy sprawa już była w toku.
Dzieci były u nas od listopada do końca stycznia. To za krótki czas, żeby zaobserwować coś niepojącego. Już po feriach do nas nie wróciły. Ponadto frekwencja tych dzieci nie była wysoka. Reagowaliśmy, kiedy dzieci nie było w szkole, ale ci państwo tłumaczyli to problemami zdrowotnymi dzieci - stwierdził w "Uwadze" dyrektor placówki.