Wszystko zaczęło się od rutynowego doręczenia. Kurier miał dostarczyć przesyłkę pobraniową pod adres dwupiętrowego domu. Kwota do zapłaty była niewielka – równe 20,50 złotych. Ponieważ na miejscu nikogo nie zastał, skontaktował się telefonicznie z odbiorcą.
Właściciel posesji poinstruował dostawcę, by ten wszedł na teren otwartej posesji. Pieniądze miały czekać w ogrodzie, schowane w kopercie leżącej na leżaku. Kurier postąpił zgodnie z instrukcją: wszedł na podwórko, odnalazł podpisaną kopertę z napisem "Kurier 20,50" i zajrzał do środka. To, co tam zobaczył, wprawiło go w osłupienie.
W środku koperty, obok tradycyjnego papierowego banknotu o nominale 20 złotych, zamiast brakującej 50-groszowej monety znajdował się... wydrukowany bon kaucyjny z supermarketu (tzw. zwrot za butelkę) opiewający na brakujące pół złotego.
Zdradziła ją lekka paczka. Trop zaprowadził ich do 35-latki
Zszokowany kurier natychmiast wybrał numer klienta, by wyjaśnić tę niecodzienną formę rozliczenia. Reakcja adresata była rozbrajająco szczera:
– Dzwonię, pytam o co chodzi, a on mówi, że każda waluta się liczy – relacjonuje autor profilu "Jestem kurierem, więc rzucam paczkami".
Dla klienta paragon z kaucją najwyraźniej był pełnoprawnym środkiem płatniczym, którym można regulować należności za usługi kurierskie.
Choć cała sytuacja brzmi jak scenariusz komediowy, kurierowi nie było do śmiechu. Firmy przewozowe rozliczają swoich pracowników z twardej gotówki, a próba zdania bonu ze sklepu spożywczego w kasie bazy logistycznej z pewnością skończyłaby się odrzuceniem rozliczenia.
Dostawca postanowił nie brać udziału w tym finansowym eksperymencie. Ostatecznie paczka nie została doręczona i wróciła do magazynu, a kreatywny klient musi teraz obejść się smakiem – albo po prostu iść do sklepu, spieniężyć bon i przygotować tradycyjne 50 groszy.