18-latek nie przeżył. Ratownik ujawnia, co robili później. Skandal

Tragiczna śmierć 18-latka, a krótko później wybryki, obok których nie można przejść obojętnie. Ratownik wodny Piotr Maciaszek, należący do Wodnej Służby Ratowniczej, opowiedział portalowi o2.pl, co dzieje się nad Stawem Królewieckim we Wrocławiu i jak wolny czas spędzają młodzi ludzie.

Brak słów, co wyprawiały nad stawem.Brak słów, co wyprawiali nad stawem.
Źródło zdjęć: © Facebook | Wodna Służba Ratownicza
Mateusz Domański

12 lipca na niestrzeżonej części Stawu Królewieckiego we Wrocławiu doszło do tragedii. Trzech młodych mężczyzn chciało przepłynąć akwen. Niestety, jeden z nich zniknął pod powierzchnią wody. 18-latek nie przeżył. Ta tragedia nie wszystkim uzmysłowiła, jak wielkim zagrożeniem jest nieodpowiedzialne korzystanie z kąpielisk, na co uwagę w rozmowie z o2.pl zwrócił ratownik służący w tamtejszych rejonach.

Niestety nie zaobserwowaliśmy żadnych zmian w zachowaniu, jeśli chodzi o ten konkretny staw. Oczywiście nie chodzi nam o to, że po tragedii w ogóle nie można korzystać z tego miejsca. Nagłaśniając takie sytuacje, mamy po prostu nadzieję, że chociaż część osób przekonamy do bezpiecznego wypoczynku. Niestety, często tak się nie dzieje. Generalnie jednak zarówno tuż po tragedii, jak i na co dzień, w tym samym miejscu, osoby w różnym wieku - a w szczególności ludzie młodzi - podejmują równie ryzykowne zachowania jak osoba, która utonęła. Warto też zaznaczyć, że na tym stawie funkcjonuje strzeżone kąpielisko. Jednak ci, którzy z niego nie korzystają i wybierają miejsca objęte zakazem pływania, nadal zachowują się bardzo nieodpowiedzialnie - podkreślił Piotr Maciaszek, członek Wodnej Służby Ratowniczej.

Przedstawiciele tej organizacji już dzień po tragedii nagłośnili skandaliczne zachowania młodych ludzi. Ich wybryki mogły zakończyć się koszmarnie. - To były kobiety i mężczyźni w młodym wieku, około 20 lat. Skakali do wody z drzewa, ale część osób skakała również z nabrzeża - dodał Maciaszek.

Warto podkreślić, że nie jest to miejsce do tego dostosowane. Jeśli ktoś skoczy nieco za głęboko, może to skończyć się tragicznie, zwłaszcza przy skokach "na główkę", co bardzo często się zdarza. Dodatkowo wiele z tych osób wypoczywa pod wpływem alkoholu, a następnie łączy to z wchodzeniem do wody. Mieliśmy już kilka przypadków utonięć osób korzystających z wody właśnie po jego spożyciu - kontynuował.

Są refleksje

Ratownicy regularnie upominają osoby, które nie przestrzegają zasad bezpieczeństwa. Warto spostrzec, że bardzo często ich uwagi wywołują oczekiwane reakcje.

Cieszy nas to, że w zdecydowanej większości przypadków po takim profilaktycznym pouczeniu czy rozmowie ludzie dostosowują się do naszych zaleceń. Na przykład podczas mojego ostatniego dyżuru na rzece Odrze napotkaliśmy kilka osób na rowerkach wodnych, deskach SUP i kajakach bez założonych kamizelek asekuracyjnych. Po zwróceniu im uwagi wszystkie te osoby założyły kamizelki, a pływający na deskach SUP przypięli się dodatkowo specjalną linką zabezpieczającą. Warto przy tej okazji przypomnieć niedawne utonięcie na Zalewie Mietkowskim pod Wrocławiem, gdzie właśnie przez brak zapięcia i kamizelki młody, 19-letni mężczyzna stracił życie - przyznał ratownik.

Pytany o to, czego najczęściej dotyczą zgłoszenia wpływające do Wodnej Służby Ratowniczej, wyznał, że wcale nie mają one związku ze spożywaniem alkoholu.

Najczęściej chodzi o kąpanie w miejscach do tego nieprzeznaczonych, gdzie jest zakaz. W tym miejscu można podać przykład Odry i kanału żeglugowego. Z wielu powodów obowiązuje tam bezwzględny zakaz kąpieli. Po pierwsze to szlak żeglugowy, ale ludzie też nie zdają sobie sprawy, że Odra ma bardzo silne prądy i niejedną osobę pozbawiły życia. Do tego dochodzi ukształtowanie dna, które potrafi być niezwykle zdradliwe. Zdarza się, że wchodząc do wody, po zaledwie dwóch krokach nagle trafiamy na uskok o głębokości 5 metrów. Często to właśnie z takich powodów dochodzi do wypadków - podsumował Piotr Maciaszek.
Wybrane dla Ciebie