Pokój ze wspólną łazienką na korytarzu. Tak wyglądały wakacje w prywatnych kwaterach w PRL

Wróć do skanówWojskowy Dom Wypoczynkowy w Sopocie - wczasy nad morzemWojskowy Dom Wypoczynkowy w Sopocie - wczasy nad morzem
Źródło zdjęć: © Narodowe Archiwum Cyfrowe

Dwa tapczany, szafa, stolik i umywalka. Wspólna łazienka na korytarzu. Ciepła woda nie zawsze była dostępna, czasami trzeba było za nią dodatkowo zapłacić. Tak wyglądały wakacje w wielu prywatnych kwaterach w latach 70. i 80.

Dla wielu Polaków nie są to jednak traumatyczne wspomnienia. Takie były realia wakacji, urlopów czy wczasów.

Pan Kazimierz z Lublina pamięta właśnie taki urlop, jaki spędził kilkadziesiąt lat temu w jednym z ośrodków nad Jeziorem Białym koło Włodawy.


DLA CIEBIE
HUAWEI Pura - poznaj nowy smartfon

– Te domki stały jeszcze kilka lat temu – mówi. – A ja tam byłem z żoną na początku lat 80. Już wtedy były dość prymitywne. W środku były łóżka, jakaś kuchenka elektryczna, miednica z wodą i rozwalona szafa. Nic więcej. Do toalety trzeba było iść kilkadziesiąt metrów. Maleńki taras, na którym ledwo mieściły się dwa krzesła i niewielki stolik. Ale mile wspominam ten czas. Człowiek był młody, miał niewielkie wymagania. Wszędzie pełno znajomych, wesoło było. Wieczorami było ognisko, tańce, wszyscy się dobrze znali. A jak padało, to całymi dniami graliśmy w karty. Najczęściej w remika lub tysiąca.

Wakacje zaczynały się często od poszukiwania noclegu

Nie było internetu, portali rezerwacyjnych ani zdjęć pokojów, które można było obejrzeć przed przyjazdem. Wiele osób – często całymi rodzinami – jechało w "ciemno". Coś się znajdzie…

W popularnych miejscowościach wypoczynkowych na płotach i w oknach prywatnych domów pojawiały się tabliczki z napisem "Wolne pokoje", "Zimmer frei".

W praktyce nie zawsze były jednak wolne. Zwłaszcza w sezonie. Wie coś o tym pan Zbyszek z Warszawy. Pod koniec lat 80. pojechał w lipcu z żoną i synem do Międzyzdrojów.

– Od rana chodziliśmy po całym mieście, szukając jakiejś kwatery – wspomina. – Na początku wybrzydzaliśmy, chcieliśmy z własną łazienką, może balkonem, z dostępem do kuchni, a potem się okazało, że już nawet tych najtańszych nie było. Tylu było chętnych. W końcu znaleźliśmy jakiś maleńki pokoik na poddaszu w domku jednorodzinnym. Oczywiście ze wspólną toaletą i kuchnią, ale na parterze. Do tego z maleńką lodówką dla wszystkich. Byliśmy tam trzy dni i udało się potem znaleźć większy pokój z łazienką i blisko morza. Co z tego, skoro wtedy przyszło załamanie pogody i już do końca lało jak z cebra.

Tapczan, szafa i widok na podwórko

Standard prywatnych kwater bywał bardzo różny. Zdarzały się wygodne pokoje w zadbanych willach, ale również ciasne pomieszczenia urządzone w prowizoryczny sposób. Właściciele wynajmowali niekiedy niemal każdą przestrzeń, którą dało się przystosować do spania. Nawet w suterenie czy garażu. ``

Typowy pokój nie przypominał zupełnie dzisiejszego apartamentu, który można wynająć bez wychodzenia z domu. Najczęściej były to raptem dwa tapczany, niewielki stolik, krzesła i szafa. Na podłodze dywan albo chodnik, w oknie firanka, a w kącie stojąca lampa. Telewizor był dodatkową atrakcją. Częściej można było spotkać radio.

Osobna łazienka stanowiła spore udogodnienie. W wielu domach toaleta i prysznic znajdowały się na korytarzu – dla wszystkich.

Ciepła woda? Trzeba było się umówić

Dzisiaj ciepła woda w łazience jest czymś oczywistym. W czasach PRL nie zawsze tak było. Szczególnie w starszych domach, które przyjmowały gości tylko przez kilka tygodni w roku.

Zdarzało się, że za przygotowanie ciepłej wody pobierano dodatkową opłatę.

Z taką sytuacją spotkał się kiedyś na Mazurach pan Andrzej z Lublina.

– Właścicielka rzuciła jakąś kwotę za pokój i potem spytała, czy ma być z ciepłą, czy zimną wodą – wspomina. – Zgłupiałem, bo nie sądziłem, że to jakaś różnica. Okazało się, że za korzystanie z ciepłej wody mam dopłacić. Potem się zastanawiałem, co by było, gdybym reflektował tylko na zimną. Podejrzewam, że pani miała u siebie włącznik do bojlera. Te dodatkowe opłaty nie były jednak powszechnie pobierane.

Jedna kuchnia na kilka rodzin

W niektórych kwaterach można było wykupić całodzienne wyżywienie, ale wielu turystów gotowało samodzielnie. Do dyspozycji mieli najczęściej wspólną kuchnię. Stół, kuchenka gazowa, kilka garnków i lodówka, w której trzeba było jakoś pomieścić jedzenie należące do wszystkich gości.

Wiele osób zabierało jednak ze sobą własny prowiant z domu. Królowały konserwy, pasztety, makaron, gotowe zupki w torebkach. Zdarzało się jednak, że gospodarze pozwalali wyłącznie na przygotowywanie prostych posiłków. Gotowanie większych obiadów, smażenie ryb czy używanie własnych grzałek często było zabronione. Również ze względów bezpieczeństwa.

Gospodyni wiedziała wszystko

Wakacje w prywatnej kwaterze miały jeszcze jedną cechę: trudno było zachować anonimowość. Właściciele domów mieszkali zazwyczaj pod tym samym dachem co goście. Nie oznacza to jednak, że wczasowicze byli traktowani jak intruzi. Wręcz przeciwnie. W wielu domach panowała niemal rodzinna atmosfera.

Gospodyni często częstowała gości warzywami czy owocami z własnego ogródka, podpowiadała, gdzie można kupić świeże ryby, a gospodarz doradzał, którędy najlepiej dojść na mniej zatłoczoną plażę. Do sprawdzonych kwater wracało się przez kolejne lata. Nierzadko całe rodziny spędzały wakacje u tych samych gospodarzy, a z czasem znajomości przeradzały się w wieloletnie przyjaźnie.

Przyjeżdżamy we wtorek. Stop. Cztery osoby. Stop

Nie wszyscy turyści przyjeżdżali w ciemno. Wielu rezerwowało pokoje na kilka miesięcy przed wakacjami. Adresy kwater przekazywano sobie w pracy, wśród znajomych i rodziny. Najcenniejsze były namiary na sprawdzonych gospodarzy, oferujących przyzwoite warunki i rozsądne ceny.

Rezerwacji dokonywano telefonicznie, jeśli udało się dodzwonić, albo listownie. Czasami telegramem. Gospodarz mógł wcześniej poprosić o przesłanie zaliczki przekazem pocztowym.

Zdarzały się jednak nieporozumienia. Po przyjeździe okazywało się, że pokój nie jest jeszcze wolny, gospodarz pomylił daty albo wynajął go komuś innemu. Wtedy pozostawało poszukiwanie nowego noclegu. W szczycie sezonu nie było to łatwe.

Prywatne kwatery ratowały turystów

W PRL zorganizowany wypoczynek rozwijał się przede wszystkim dzięki Funduszowi Wczasów Pracowniczych i zakładowym ośrodkom wypoczynkowym. Pod koniec lat 70. z wczasów zorganizowanych korzystało rocznie około 4,5 mln Polaków. Zdecydowana większość wypoczywała w ośrodkach należących do zakładów pracy.

Nie wszyscy jednak mieli dostęp do takich wyjazdów. Poza tym wiele osób wolało samodzielnie decydować, gdzie i jak długo będzie wypoczywać. Stąd decydowali się na prywatne pokoje gościnne.

Dla właścicieli domów wynajmowanie pokoi było dodatkowym, wcale niemałym zarobkiem. W popularnych kurortach sezon trwał stosunkowo krótko, dlatego starano się wykorzystać każdy tydzień dobrej pogody.

Bywało, że rodzina gospodarzy przenosiła się na lato do mniejszych pomieszczeń, aby zwolnić najlepsze pokoje dla przyjezdnych.

Wakacje bez własnej łazienki, ale z sąsiadami na całe życie

Prywatne kwatery miały swoje niedogodności, ale sprzyjały również nawiązywaniu znajomości.

– Ja tam te wszystkie wyjazdy super wspominam – mówi pan Kazimierz. – Kiedyś w Pobierowie poznaliśmy małżeństwo z Wałcza i tak się zaprzyjaźniliśmy, że do dzisiaj mamy ze sobą kontakt. A to już ze czterdzieści lat temu było. Zaprosili nas nawet na ślub swojej młodszej córki. A zaczęło się od tego, że żony razem gotowały obiad na kwaterze. I tak od słowa do słowa okazało się, że wszyscy mamy podobne zainteresowania, nadajemy na tych samych falach i dobrze się ze sobą czujemy. Dzieci też się polubiły. Wprawdzie dzisiaj nie mieszkają już w Polsce – ani ich, ani nasze – ale też mają super wspomnienia.

Dzisiaj taki pokój dostałby kiepską ocenę

Dzisiejszy turysta może porównać setki ofert, oglądać zdjęcia łazienek, przeczytać opinie i sprawdzić lokalizację na mapie. Klimatyzacja, bezprzewodowy internet czy aneks kuchenny nie są już niczym nadzwyczajnym. Tak jak airfryer czy ekspres do kawy.

W latach 70. i 80. oczekiwania były inne. Wystarczył czysty pokój, wygodne łóżko i dach nad głową. Najważniejsze, żeby niedaleko było do plaży, jeziora czy górskiego szlaku.

Nie znaczy to, że wszyscy godzili się bez narzekania na niski standard. Również wtedy trafiali się wymagający turyści, którzy chcieli mieć własną łazienkę, ciepłą wodę i wygodniejsze wyposażenie. Takie kwatery istniały, ale nie każdy mógł sobie na nie pozwolić.

Dzisiaj pokój z łazienką na korytarzu, wspólną kuchnią i wyznaczonymi godzinami kąpieli prawdopodobnie nie zdobyłby wielu entuzjastycznych opinii.

A jednak dla całego pokolenia Polaków właśnie takie miejsca były scenerią najpiękniejszych wakacyjnych wspomnień. Nawet jeśli rano trzeba było odstać swoje w kolejce do jedynej łazienki na piętrze.

Wybrane dla Ciebie