Pożar w Crans-Montana. Rodziny wciąż bez odpowiedzi. Rośnie gniew
Drugi dzień po tragicznym pożarze w barze Le Constellation w Crans-Montana upływa pod znakiem skrajnych emocji. Jak podaje szwajcarski dziennik Tages-Anzeiger, kurort próbuje odnaleźć równowagę między bólem a pozorami normalności. Przed spalonym lokalem pojawiają się kwiaty i znicze, a nieopodal turyści z nartami na ramionach kierują się w stronę kolei linowej.
W bezpośrednim sąsiedztwie baru atmosfera pozostaje jednak ciężka. To tutaj, jak informuje Tages-Anzeiger, dominuje rozpacz, gniew i bezradność. Jedna z matek szuka swojego 16-letniego syna. Z trudem powstrzymując łzy, apeluje przed kamerami o pomoc: "Nie wiem, gdzie jest od ponad 30 godzin. Jeśli jest w szpitalu, nie wiem w którym, jeśli w kostnicy, to nie wiem w której."
Kobieta ociera łzy i nie chce już nic więcej mówić. W pośpiechu udaje się do centrum kongresowego, gdzie bliscy ofiar próbują uzyskać jakiekolwiek informacje. Jak podaje szwajcarski dziennik 20 Minuten, udało się zidentyfikować już 113 osób, które w noc sylwestrową bawiły się w lokalu.
"Apokalipsa". Koszmar w Szwajcarii. Opowiedział, co widział
Głos mieszkańców i świadków
Na miejscu tragedii pojawili się dziennikarze z całego świata. Nawet osoby niezwiązane bezpośrednio z ofiarami nie kryją poruszenia. Jeden z mieszkańców Genewy, posiadający w Crans-Montana wakacyjny apartament, przyznaje, że skala dramatu porusza tysiące ludzi. Podkreśla, że młodzi są przyszłością i powinni być szczególnie chronieni.
Nie brakuje też głosów krytycznych. Inżynier mieszkający w pobliżu lokalu zastanawia się, czy bar był odpowiednio zabezpieczony. W jego ocenie wiele elementów — od sufitu, przez wentylację, po schody — mogło nie spełniać norm bezpieczeństwa. Te wątpliwości podziela część lokalnej społeczności.
"Wybuchła panika"
Jednym ze świadków zdarzenia jest młody mężczyzna o imieniu Ferdinand, który przebywał w barze w chwili wybuchu pożaru. Jak relacjonuje Tages-Anzeiger, widział moment, gdy tzw. zimne ognie dotknęły sufitu, powodując zapłon. Próbował ugasić płomienie wodą z butelki, jednak bezskutecznie. Chwilę później w lokalu zapanowała panika.
Ferdinand nagrał dramatyczne chwile telefonem i przekazał materiały mediom. Otwarcie mówi o swojej złości i domaga się wyjaśnienia przyczyn tragedii, kierując zarzuty w stronę właścicieli lokalu.
Śledztwo w toku
Coraz więcej wskazuje na to, że źródłem pożaru mogły być zimne ognie umieszczone na butelkach szampana, choć — jak podkreśla Tages-Anzeiger — nie zostało to jeszcze oficjalnie potwierdzone. Śledztwo trwa, a do wnętrza osłoniętego baru regularnie wchodzą i wychodzą specjaliści ds. bezpieczeństwa pożarowego.
Wszystko odbywa się pod czujnym wzrokiem mieszkańców i mediów, które wciąż czekają na odpowiedzi na pytania, co doprowadziło do tej tragedii. Zginęło 40 osób, ponad 100 zostało rannych, w tym wiele poważnie. Szwajcarska policja potwierdziła, że wśród poszkodowanych znalazł się jeden Polak.