Ścisk, zamarznięte szyby i walka o miejsce. Tak podróżowało się PKS-em w PRL

Na dworcu tłum, przy autobusie przepychanki, a w środku ścisk. Bilety kupowano przez podawanie pieniędzy z rąk do rąk, a zimą szyby zamarzały od środka. Tak podróżowało się PKS-ami w PRL. No to ruszamy!

Pasażerowie wsiadają do autobusów. Z lewej autobus San H100. Z prawej autobus przegubowy Jelcz 021Podróżowanie w czasach PRL-u
Źródło zdjęć: © Narodowe Archiwum cyfrowe

Dla milionów Polaków PKS był przez lata jedynym sposobem, żeby dojechać do szkoły, pracy czy rodziny. Niekiedy trzeba było czekać na niego kilka godzin, a i tak nie było gwarancji, że uda się wsiąść.

 Najpierw były ciężarówki 

Historia Państwowej Komunikacji Samochodowej sięga 1945 r. Pierwsze powojenne przewozy pasażerskie odbywały się ciężarówkami. Na "pace" montowano ławki i w drogę. Komfort był żaden, ale ludzie byli szczęśliwi, że w ogóle można gdzieś dojechać.


DLA CIEBIE
HUAWEI Pura - poznaj nowy smartfon

W styczniu 1946 r. oficjalnie utworzono przedsiębiorstwo Państwowa Komunikacja Samochodowa. Od tej pory PKS stał się jednym z symboli codziennego życia Polaków.

Były miejscowości, do których autobus zaglądał tylko raz lub dwa razy dziennie. Ale dojeżdżał. Chyba że się zepsuł albo śnieg zasypał drogę. Wtedy pieszo.

 Luksus na drodze - Sanos 

64-letni Adam z Krasnegostawu pamięta swoją pierwszą podróż luksusowym, jak na tamte czasy, Sanosem. Były lata 70. Jechał z rodzicami, a sam miał wtedy kilkanaście lat. Pewnego dnia na dworzec podjechał autobus, który wyglądał jak z innej planety. Był to Sanos, jugosłowiański autokar.

Zapamiętał przede wszystkim wnętrze. Nad siedzeniami były niewielkie lampki i nawiewy. Fotele lotnicze. Największe wrażenie robiło jednak to, że autobus "płynął" po drodze i nie było słychać warkotu silnika. Takie pojazdy nie były codziennością na prowincjonalnych trasach. Zwykły pasażer częściej spotykał starego Sana, Jelcza zwanego "ogórkiem", a później Autosana.

 Najważniejsze było, żeby się zmieścić 

Inny pasażer, który w młodości często podróżował z Biłgoraja do Lublina, zapamiętał przede wszystkim tłok. Jeździł najczęściej Jelczami.

Zdarzało się, że zdobycie miejsca siedzącego graniczyło z cudem. Ludzie często stali. W niektórych Jelczach znajdowały się dodatkowe, rozkładane siedzenia montowane w przejściu. Oparciem był prowizoryczny, zdejmowany pas z dermy. Każdy, kto chciał wysiąść, musiał przeciskać się między siedzącymi ludźmi.

Najgorzej bywało zimą. Ogrzewanie nie zawsze radziło sobie z mrozem. Szyby pokrywały się lodem, czasem także od wewnątrz. Pasażerowie próbowali wycierać niewielkie fragmenty okien, żeby zobaczyć, gdzie właściwie się znajdują.

 Na dworcu wszyscy wypatrywali jednej tabliczki. 

Dworce autobusowe w PRL żyły własnym życiem. Szczególnie w piątki, niedziele, przed świętami i podczas wakacji. Na stanowiskach stały dziesiątki, a czasem setki pasażerów. Informacji o opóźnieniach nie można było sprawdzić w telefonie. Pozostawało obserwować plac i nasłuchiwać komunikatów z dworcowych głośników.

Charakterystyczny był moment, kiedy z budynku dworca wychodził kierowca z tabliczką kierunkową pod pachą. Wszyscy próbowali odczytać napis. "Lublin – Hrubieszów", "Lublin – Chełm", "Lublin – Zamość" czy "Lublin – Biłgoraj". Kiedy okazywało się, że właśnie ten autobus ma za chwilę odjechać, w tłumie pasażerów zaczynało się gorączkowe poruszenie. Każdy chciał być pierwszy.

Zdarzało się, że kierowca sam decydował, kogo wpuścić w pierwszej kolejności. Żołnierz z przepustki mógł liczyć na wyrozumiałość. Podobnie matka z dzieckiem na ręku czy starszy pasażer.

Na wielu trasach bilety sprzedawał kierowca, a wcześniej w części autobusów także konduktor. Gdy był tłok, dotarcie do kierowcy graniczyło z cudem. Wtedy pasażer stojący w głębi autobusu podawał pieniądze osobie przed sobą, ta kolejnej, aż banknoty i monety trafiały do kierowcy. Tą samą drogą wracał bilet i ewentualna reszta.

Z Kazimierza Dolnego nawet pieszo do Puław

Szczególnie trudne bywały powroty PKS-em z miejscowości turystycznych. Kazimierz Dolny nad Wisłą już w PRL przyciągał tłumy turystów. Problem zaczynał się w niedzielne popołudnie, gdy wszyscy chcieli wrócić do domów. Kto nie dostał się do środka, czekał na kolejny kurs, próbował złapać okazję albo szukał innego sposobu dotarcia do domu.

Zdarzali się też desperaci, którzy decydowali się nawet iść pieszo kilkanaście kilometrów do Puław, licząc, że po drodze uda im się zatrzymać samochód, lub szli na dworzec kolejowy.

Awaria? Wszyscy wysiadali i czekali

Awarie autobusów nie należały do rzadkości. Psujące się, grzejące się silniki, awarie instalacji elektrycznej czy hamulców potrafiły napsuć krwi. Kierowcy często sami próbowali naprawiać usterki. Pasażerowie stali obok, zdarzało się, że wśród nich był też spec od samochodów, który pomagał w naprawie.

W zimie problemem bywało samo uruchomienie pojazdu. Mrozy dawały się we znaki szczególnie starszym silnikom. Zdarzało się, że w zajezdniach pozostawiano silniki pracujące nocą, aby rano autobusy mogły wyjechać na trasy.

"Ogórek", San i Autosan. Każdy miał swój charakter

Dzisiaj starsi pasażerowie bez trudu rozpoznają autobusy, które królowały przed laty na polskich drogach. Jednym z najbardziej charakterystycznych był Jelcz 043, zwany popularnie "ogórkiem" ze względu na zaokrąglone nadwozie. Jego konstrukcja opierała się na licencji czechosłowackiej Škody. Produkcję rozpoczęto w 1959 r.

Był duży, głośny i dość wytrzymały. Na zatłoczonych trasach wykorzystywano nawet specjalne przyczepy pasażerskie ciągnięte za autobusem.

Sany, produkowane w Sanoku, przez lata były jednym z podstawowych środków transportu w mniejszych miejscowościach. Szczególnie popularny w latach 60. i na początku 70. był model H100.

Później polskie drogi zaczęły opanowywać Autosany H9, których produkcja ruszyła w latach 70. Były nowocześniejsze od poprzedników i przez długie lata pozostawały podstawą komunikacji.

W internecie wciąż żyją wspomnienia starych PKS-ów

Na forach miłośników dawnej motoryzacji i komunikacji autobusowej nie brakuje wspomnień o dawnych autobusach. Jeden z internautów porównał wchodzenie do "ogórka" do wchodzenia na pokład samolotu. Największą atrakcją było dla niego siedzenie z przodu, tuż obok kierowcy i ogromnej osłony silnika.

Inni wspominają charakterystyczny dźwięk silnika, którego nie dało się pomylić z żadnym innym pojazdem.

W dyskusjach powracają również ozdoby kabin kierowców. Proporczyki klubów sportowych, plastikowe figurki, obrazki świętych, maskotki i kolorowe naklejki. Każdy kierowca urządzał sobie miejsce pracy według własnego gustu.

Były też zasłonki, firanki i ozdobne pokrowce na siedzenia. Kabina kierowcy stanowiła mały, prywatny świat. Czasem wisiał tam proporczyk z rajdu samochodowego, czasem pamiątka z wycieczki, a niekiedy całe kolekcje przedmiotów, które dzisiaj można byłoby wystawić w muzeum PRL.

Na prowincjonalnych trasach kierowca PKS był kimś więcej niż tylko pracownikiem państwowego przedsiębiorstwa komunikacyjnego. Znał drogę na pamięć, wiedział, gdzie trzeba zwolnić przed dziurą i gdzie zimą najczęściej tworzą się zaspy. Rozpoznawał stałych pasażerów i wiedział, kto i po co jedzie.

 Autobus wyznaczał rytm dnia 

Rano przystanek tętnił życiem. Ludzie rozmawiali ze sobą, żartowali, plotkowali o sąsiadach. Dzieci wypatrywały autobusu szkolnego, kobiety jechały na zakupy, inni do lekarza lub urzędu.

Nie zawsze taka podróż była sielanką. Autobusy się spóźniały, bywały brudne, zatłoczone. Kierowcy nie zawsze byli uprzejmi, a rozkłady jazdy nie zawsze odpowiadały rzeczywistości.

Mimo to PKS funkcjonował przez dziesięciolecia i pozwalał milionom ludzi żyć bez własnego samochodu. Po 1989 r. przedsiębiorstwo zostało podzielone na wiele samodzielnych przedsiębiorstw. Część sprywatyzowano, inne przejęły samorządy, a część z czasem splajtowała.

Polacy wreszcie dorobili się własnych samochodów, pojawili się też przewoźnicy obsługujący popularne trasy mikrobusami. Zaczęto likwidować połączenia, które nie przynosiły wystarczających dochodów.

 Najbardziej ucierpiały małe miejscowości 

Tam, gdzie kiedyś przyjeżdżał przynajmniej jeden czy dwa autobusy dziennie, z czasem pozostał jedynie pusty przystanek. Czasami nawet bez rozkładu jazdy. Problem jest aktualny również dzisiaj. Według raportu przedstawionego przez Ministerstwo Infrastruktury w marcu 2026 r. ponad 10 milionów mieszkańców Polski, czyli około 27 proc. populacji, doświadcza tzw. wykluczenia komunikacyjnego.

To pokazuje, jak bardzo zmieniła się sytuacja. W latach PRL pasażerowie narzekali, że autobus jest przepełniony. Dzisiaj mieszkańcy części wsi narzekają, że nie mają czym dojechać do lekarza, szkoły czy urzędu.

A stary, poczciwy PKS? Dla jednych pozostanie symbolem niewygód, hałasu, zamarzniętych szyb i wiecznego tłoku. Dla innych – wspomnieniem pierwszej samodzielnej podróży, wakacji u dziadków, wyjazdu do szkoły czy powrotu z wojska. Pan Adam z Krasnegostawu do dziś pamięta swoją pierwszą podróż nowoczesnym Sanosem. Inni wspominają zatłoczone Jelcze. Bo choć autobusy często się spóźniały, psuły i trzęsły na dziurawych drogach, miały jedną wielką zaletę – docierały niemal wszędzie. Nawet tam, gdzie dziś nie dojeżdża już nic. I chyba właśnie za tym dawnym PKS-em tęskni się najbardziej.

Wybrane dla Ciebie