To był "róg trumny"? Zginęło 9 osób. Analizuje katastrofę w USA

Mateusz Domański
Zabrał głos ws. katastrofy w USA.Zabrał głos ws. katastrofy w USA.
Źródło zdjęć: © X

Dziewięć osób zginęło po tym, jak Learjet 60 runął na ziemię na Florydzie. Śledczy analizują okoliczności katastrofy. Jeden z ekspertów zasugerował natomiast, że samolot mógł znaleźć się w "rogu trumny". "Burze zmieniają warunki lotu. Samolot przy tej samej prędkości może nie być już w stanie utrzymać się w powietrzu albo staje się bardzo trudny do opanowania" - napisał na platformie X.

Samolot leciał 1 listopada z Austin w Teksasie na Bahamy. Przed katastrofą załoga zgłosiła oblodzenie i turbulencje, a następnie gwałtowną utratę wysokości. Na pokładzie było dwoje członków załogi i siedmioro pasażerów.

Amerykańska Narodowa Rada Bezpieczeństwa Transportu (NTSB) prowadzi śledztwo i podkreśla, że dotychczasowe informacje są wstępne. "The Sun" wskazał cztery pytania, na które badacze wciąż szukają odpowiedzi.

Czy uda się odnaleźć rejestrator rozmów?

Z dokumentacji technicznej wynika, że Learjet był wyposażony w rejestrator rozmów w kokpicie. Śledczy nie potwierdzili jednak jeszcze, czy urządzenie nadal znajdowało się w samolocie w dniu katastrofy. Nie wiadomo więc, czy uda się je odnaleźć i odczytać. To istotne, bo zapis rozmów załogi mógłby pomóc odtworzyć ostatnie minuty lotu.

Dlaczego fragmenty ogona odpadły w powietrzu?

Większą część lewego steru wysokości znaleziono w trzech częściach, od około 2 do ponad 6 km od miejsca uderzenia samolotu w ziemię. To wskazuje, że maszyna zaczęła rozpadać się jeszcze w locie. Śledczy nie wiedzą jednak, czy utrata elementów ogona przyczyniła się do katastrofy, czy była skutkiem sił oddziałujących na samolot podczas gwałtownego opadania.

Były członek NTSB John Goglia zwrócił uwagę, że według danych o locie maszyna na krótko wyrównała lot na wysokości około 2400 m. Jego zdaniem elementy ogona mogły odpaść podczas próby wyprowadzenia odrzutowca z opadania.

Czy samolot znalazł się w "rogu trumny"?

Były pilot Martin Varsavsky przedstawił w serwisie X własną teorię katastrofy. Jego zdaniem Learjet mógł wlecieć w silną komórkę burzową na wysokości około 10,7 km. Chmury sięgały, według jego analizy, znacznie wyżej niż leciał samolot. Varsavsky przypuszcza, że prąd wznoszący mógł najpierw poderwać maszynę, a później załoga straciła nad nią kontrolę. Sam zaznaczył, że dopiero oficjalne śledztwo potwierdzi lub obali tę wersję.

Ekspert wspomniał przy tym o "rogu trumny". Tak piloci nazywają sytuację, w której podczas lotu na dużej wysokości bezpieczny zakres prędkości staje się bardzo wąski. Z jednej strony samolot nie może zwolnić zbyt mocno, bo grozi mu utrata siły nośnej. Z drugiej - nie może nadmiernie przyspieszyć, bo zbliża się do ograniczeń związanych z lotem przy dużej prędkości. Turbulencje lub gwałtowny manewr mogą wówczas szybko wytrącić maszynę z tego wąskiego zakresu.

Burze zmieniają warunki lotu. Samolot przy tej samej prędkości może nie być już w stanie utrzymać się w powietrzu albo staje się bardzo trudny do opanowania - napisał Varsavsky.

Czy załoga mogła ominąć burzę?

Krótko przed katastrofą piloci poprosili o zgodę na wzniesienie się z około 10,7 do 11,3 km. Zgłaszali oblodzenie, turbulencje i opady. Pilot Justin Crabbe ocenił w rozmowie cytowanej przez "The Sun", że załoga powinna dołożyć wszelkich starań, by nie zetknąć się z niebezpiecznymi warunkami atmosferycznymi. Zastrzegł jednak, że nie wie, dlaczego wybrała taką trasę.

To właśnie rozdzielenie faktów od przypuszczeń będzie kluczowe dla śledztwa. NTSB potwierdza przebieg ostatnich zgłoszeń załogi i odnalezienie części ogona, lecz nie ustaliła jeszcze przyczyny katastrofy.

Wybrane dla Ciebie