Tragedia w barze. Szokujące zeznania kelnerki. Mówi o właścicielce
Dziennik "Corriere della Sera" dotarł do zeznań jednej z kelnerek, które pracowały w barze Le Constellation. Louise Leguistin twierdzi, że właścicielka lokalu "nagrywała to, co się działo, a potem uciekła z baru", kiedy doszło do pożaru. Zginęło w nim 40 osób, aż 116 zostało rannych.
Tragedia w barze Le Constellation w miejscowości Crans-Montana w Szwajcarii miała miejsce 1 stycznia. W pożarze baru zginęło 40 osób, 116 zostało poszkodowanych. Źródłem pożaru były zimne ognie, które jedna z kelnerek uniosła zbyt blisko sufitu. Łatwopalna pianka podpaliła się z łatwością. Ogień ogarnął wnętrze lokalu. Ludzie zaczęli uciekać w panice z płonącej pułapki. Nie wszystkim się to udało.
Louise Leguistin, jedna z kelnerek, która pracowała w Le Constellation, opowiedziała śledczym o szczegółach zdarzenia. Do jej zeznań dotarł włoski dziennik "Corriere della Sera". Jak czytamy, 25-latka nie odniosła poważniejszych obrażeń. Miała jedynie dwa skaleczenia. Nadal jednak zmaga się z traumą po tym tragicznym zdarzeniu.
Ciągle widzę twarze zmarłych, ludzi, którym pomagałam, których rozpoznałam na zewnątrz, spalonych. Zapach został mi w nosie. Spotykałam się z psychologami, bo zaczynała się faza ‘a gdyby?’, wraz z poczuciem winy i żalem, że inni nie przeżyli, a ja tak - mówiła Louise. - Od tamtego wieczoru sprawy nie układają się dobrze. Bardzo obwiniałam się za to, że wyszłam bez szwanku. Cieszę się, że żyję. Ale mam wyrzuty sumienia. Zastanawiam się, co moglibyśmy zrobić inaczej - dodała.
Pożar w Crans-Montanie. Zeznania kelnerki
Louise pracowała w barze od 11 grudnia. Półtora tygodnia wcześniej miała rozmowę rekrutacyjną z właścicielką - Jessicą Moretti. Louise chciała zdobyć doświadczenie. Mówi, że przyjaźniła się z innymi pracownikami baru. Wśród nich była Cyane Panine, kobieta, która unosiła zimne ognie pod sufit. Louise nazywała ją "siostrzyczką". Wspomina, że szukała swoich znajomych z pracy po wybuchu pożaru. - Wołałam Ambre, Matthieu, Cyane, ale nikt nie odpowiadał - powiedziała śledczym. Dopiero po kilku godzinach dowiedziała się, że Cyane i Matthieu nie żyją, podobnie jak jeden z ochroniarzy lokalu.
Kelnerka została zapytana również, co robiła Jessica Moretti po wybuchu pożaru. Właścicielka miała wysłać kelnerki, by się przebrały przed wyjściem z butelkami szampana i zimnymi ogniami. Po wybuchu pożaru Jessica Moretii uciekła z lokalu.
Była z nami, nagrywała to, co się działo. Widziałam, jak wbiega po schodach i szybko wychodzi, potem już jej nie widziałam - zeznała Louise.
Jak dodała, nie miała żadnych kontaktów z mężem Jessici, Jacquesem Morettim, drugim właścicielem lokalu. Kelnerka mówiła, że nie było żadnego przeszkolenia przeciwpożarowego. Wspomniała, że w barze znajdował się znak informujący o wyjściu ewakuacyjnym, ale dla klientów był zbyt słabo widoczny. Wiadomo, że od pięciu lat bar nie przechodził kontroli bezpieczeństwa. Kobieta miała płakać podczas przesłuchania. Mówiła, że wciąż widzi ofiary - bez włosów, bez skóry, krzyczących z bólu. Jak wspomniała, w lokalu było wiele luster. Ludzie widzieli w nich swoje poparzone oblicza.
W sprawie pożaru w Le Constellation trwa śledztwo dwóch prokuratur - włoskiej i szajcarskiej. Jacques i Jessica Moretti usłyszeli zarzuty dotyczące nieumyślnego spowodowania pożaru, nieumyślnego spowodowania śmierci i nieumyślnego spowodowania obrażeń. Mężczyzna trafił do aresztu, jego żona nie ze względu na konieczność opieki nad dzieckiem. Oboje mieli w przeszłości problemy z prawem.