Tragiczny wypadek. Oliwia zmarła. Rodzice oskarżają ratowników
Rodzice 19-letniej, która zmarła 19 maja po wypadku BMW w Kozienicach, złożyli zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu przestępstwa ze strony załogi karetki. Jak opisują, w szpitalu w Radomiu mieli usłyszeć, że stan córki był skrajnie ciężki i mogło dojść do problemów z intubacją. Prokuratura wszczęła postępowanie.
Jak informuje "Echo Dnia" w Aleksandrówce pod Kozienicami (woj. mazowieckie) zmarła 19-letnia Oliwia. Do tragedii doszło 16 maja. 19-latka siedziała na miejscu pasażera obok kierowcy BMW, a na tylnej kanapie jechała jej przyjaciółka. W pewnym momencie auto wypadło z drogi i uderzyło w betonowy słup. Wszyscy byli na przyjęciu komunijnym. Mieli jedynie podjechać na stację benzynową. Przejechali ok. 300 metrów, po czym doszło do wypadku.
Kierowca nie odniósł obrażeń i to on powiadomił służby. Oliwia była przypięta pasami i nieprzytomna, ale oddychała. Matka relacjonowała, że strażacy wyciągnęli córkę z samochodu, ułożyli ją na desce ortopedycznej i rozstawili parawan. Na miejsce przyjechały trzy karetki - specjalistyczne i jedna podstawowa.
Nikt nic nam nie mówił, chciałam podejść, ale policjant mnie zatrzymał. Poprosiłam, żeby nam chociaż powiedział, czy Oliwia oddycha. Powiedział, że jest stabilna, oddycha sama i odzyskała przytomność. A potem zabrali ją do karetki. Nie pozwalali nam podejść i jechać z Oliwią - relacjonuje Natasza Dróżdż "Echu Dnia".
Rodzice pojechali za karetką do Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego w Radomiu. W środku miał być chirurg. W szpitalu usłyszeli, że córka jest w stanie krytycznym. - Oczy sztywne, źrenice nie reagują, ma obrzęk mózgu z niedotlenienia. Mówił, że musiał ją intubować, bo w karetce to było zrobione źle. Że miała bardzo dużo treści pokarmowej, piany i krwi w płucach. Usłyszeliśmy, że rurka do intubacji miała za małą średnicę, to była rurka dla dziecka. Nie dla dorosłej kobiety - mówił Grzegorz Dróżdż "Echu Dnia".
Oliwia podczas przekazywania z karetki na oddział ratunkowy nie była wspomagana respiratorem, a wentylację prowadzono workiem ambu. W dokumentacji pogotowia miało widnieć, że w czasie transportu była podłączona do respiratora.
Rodzice zwracają uwagę na rozbieżności między tym, co miało wynikać z karty czynności medycznych, a stanem opisanym już po przyjęciu na SOR. W dokumentacji zapisano m.in. prawidłowe szmery oddechowe, reakcję źrenic na światło oraz brak zatrzymania krążenia czy wymiotów. Jednocześnie w szpitalu krótko później usłyszeli o braku reakcji źrenic i obrazie obrzęku mózgu związanym z niedotlenieniem.
Rodzina mówiła też o tym, że Oliwia miała silne reakcje na stres, w tym omdlenia przy pobieraniu krwi, drgawki i wymioty. Ojciec sugerował, że gdyby trafiła na obserwację w Kozienicach i była monitorowana na miejscu, przebieg zdarzeń mógłby wyglądać inaczej.
Druga tomografia, wykonana w poniedziałek, 18 maja przyniosła jeszcze gorsze wiadomości. W opisie badania już pojawia się zdanie "podejrzenie śmierci mózgu". Obraz wskazywał, że w naczyniach mózgu nie ma przepływu krwi. Rodzice Oliwii pojechali do Bydgoszczy, tam konsultowali się z profesorem nauk medycznych Janem Talarem.
Profesor dał nam trochę nadziei. Powiedział, że nie ma czegoś takiego jak śmierć mózgu. Stwierdził, że są jeszcze jakieś ukrwienia mózgu i żebyśmy się nie zgadzali na odłączenie córki od respiratora - mówią rodzice "Echu Dnia".
Ostatecznie, we wtorek 19 maja wykonano ostatnie badania, które miały potwierdzić śmierć mózgu. Oliwię odłączono od respiratora tego samego dnia o godz. 21.37. Ojciec podkreśla, że to dokładnie godzina jej urodzenia. - Załatwiliśmy hospicjum, było dla Oliwii miejsce w Klinice Budzik, mieliśmy karetkę, która miała ją przewieźć. Myśleliśmy, że ona jest w śpiączce. I przecież w takim stanie ludzie, nawet wegetatywnym są długo. Ale może kiedyś się obudzi - dodaje ojciec Oliwii.
Pogrzeb 19-latki odbył się w sobotę 30 maja w kościele pw. św. Krzyża w Kozienicach. Rodzice opowiadali, że córka studiowała psychologię w Warszawie (pierwszy rok) i pracowała w firmie ubezpieczeniowej, a najlepiej czuła się w domu z rodziną.
Po śmierci córki rodzice złożyli do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez członków załogi pogotowia. Chcą ustalić, czy do zgonu mogły doprowadzić błędy podczas transportu z Kozienic do szpitala w Radomiu. Prokuratura wszczęła śledztwo 25 maja, a postępowanie pozostaje na wstępnym etapie - podaje "Echo Dnia". Śledczy nie odpowiedzieli na pytania dziennika.
Materiał wskazuje również, że lekarz, który zajmował się Oliwią Dróżdż w karetce, nadal pracuje w pogotowiu w Kozienicach. Rodzice wystąpili do szpitala o zabezpieczenie wszelkiej dokumentacji dotyczącej ich córki, zapisów rozmów z dyspozytorami, nagrań z kamer.
W związku z rozpowszechnianiem i powielaniem nieprawdziwych, niesprawdzonych i niepotwierdzonych informacji, które naruszają wprost dobra osobiste Samodzielnego Publicznego Zespołu Zakładów Opieki Zdrowotnej w Kozienicach i zatrudnionego w nim personelu medycznego, który świadczył wobec Państwa zmarłej córki usługi medyczne, zwracamy się do Pana i za Pana pośrednictwem, do Pana bliskich o zaprzestanie podejmowania tego rodzaju działań. Sprawą śmierci Pana córki zajmują się dedykowane do tego instytucje, które po weryfikacji wszelkich relatywnych okoliczności dokonają adekwatnych ustaleń co do mechanizmu śmierci panu córki, dopiero wówczas dopuszczalne będzie wskazanie winnych i rozprawianie o konsekwencjach - takie pismo otrzymali rodzice.
Grzegorz Dróżdż w sieci zamieścił kilka zdjęć z córką. Podziękował za wsparcie po wiadomości o wypadku. - W najgorszych snach nigdy w życiu bym sobie nie mógł wyobrazić tego, co się wydarzyło, co spotkało moją najukochańszą córcię jedyną Oliwkę. Czas się dla mnie zatrzymał. Chciałbym rozwiać wszelkie spekulacje i na tę chwilę mogę tylko napisać, że służby medyczne zabiły Oliwię - napisał w sieci.