Pierwsze minuty po eksplozji były kluczowe. Nad budynkiem unosił się gęsty dym widoczny z daleka, a w środku znajdował się ciężko poparzony mężczyzna. Późniejsza ocena lekarzy wskazywała, że poparzenia objęły ok. 90 proc. jego ciała, a rokowania były bardzo słabe.
Na miejsce skierowano także śmigłowiec lotniczego pogotowia ratunkowego. Marek Dvořák, ratownik, relacjonował, że takie wyjazdy budzą w nim strach. Gdy zespół dotarł na miejsce, Standa był już w karetce; ratownicy utrzymywali w środku wysoką temperaturę, by nie tracił ciepła, a silne leki miały ograniczać ból. Stan pacjenta pozostawał krytyczny - donosi blesk.cz.
Obok ambulansu czekała żona poszkodowanego, Marcela. Jak opisano, ratownicy pozwolili jej jeszcze podejść do męża, bo obawiali się najgorszego. Kobieta miała ścisnąć go za rękę i wyszeptać, że jest obok.
Nie zapomnij nakarmić młodych, żeby nie byli głodni - miał powiedzieć poszkodowany do żony.
Mimo skrajnie ciężkich obrażeń Standa przeżył. Jak podaje blesk.cz, po akcji ratunkowej czekały go tygodnie leczenia w centrum oparzeń w Brnie, wiele bolesnych zabiegów i długie pobyty w szpitalu.
Jak podaje czeski serwis, rodzina straciła dom i znaczną część dochodów. Znajomi Standy zorganizowali więc zbiórkę.