Najdroższe woda na świecie. Kosztuje majątek
55 tys. euro, czyli wartość dobrej klasy samochodu – tyle kosztowała najprawdopodobniej najdroższa butelka wody na świecie. Nie miała cudownych właściwości ani nie pochodziła z magicznego źródełka. Pewnie też miała skład podobny do tej z marketu. Ale kto bogatemu zabroni…
Majątek za zwykłą wodę? Nie do końca. Producent tej horrendalnie drogiej wody zadbał przynajmniej o pozory, że nie mamy do czynienia ze zwykłą "kranówką". Zachwalał, że jego woda (0,75 l) za 55 tys. euro to mieszanina źródlanej wody wydobywanej we Francji, z islandzkiego lodowca i z wyspy Fidżi. Brzmi nieźle. Ale to jeszcze nic w porównaniu z opakowaniem: butelka w kształcie ludzkiej twarzy, pokryta 24-karatowym złotem. I to właśnie ono w dużej mierze tłumaczy taką cenę.
Inne źródła podają, że na światowym rynku była jednak jeszcze droższa woda. Chodzi o Beverly Hills 90H20 Luxury Collection Diamond Edition, która w 2018 r. kosztowała aż 100 tys. dolarów za 1 litr. Butelka i nakrętka były w całości pokryte diamentami różnego koloru i rozmiaru.
Okazuje się, że na poczciwej H₂O, czyli zwykłej wodzie, można zbić majątek. Choć to jeden z najbardziej podstawowych zasobów na Ziemi, jej cena potrafi osiągać zawrotne poziomy.
Na rynku istnieją marki, które sprzedają wodę za setki, a nawet tysiące złotych za butelkę
Co sprawia, że zwykła – wydawałoby się – woda mineralna, gazowana czy niegazowana staje się produktem luksusowym? To głównie sprawka sprytnego, ale skutecznego marketingu. Absurdalnie drogie wody określa się jako klasę premium, a to oznacza, że nie mogą być "zwykłe".
Częściowo jest to prawda – najdroższe wody świata pochodzą z unikalnych źródeł, często z trudno dostępnych regionów, takich jak lodowce, głębokie warstwy ziemi czy odległe wyspy. Ich wyjątkowość opiera się nie tylko na czystości, ale również na historii i procesie pozyskiwania. Do każdej takiej wody dopisywana jest osobna opowieść o jej unikalnym i niepowtarzalnym składzie. I to też – przynajmniej częściowo – działa.
Jednym z kluczowych czynników wpływających na cenę jest pochodzenie. Wody z topniejących lodowców Grenlandii czy Islandii uchodzą za jedne z najczystszych na świecie. Proces ich wydobycia i transportu jest skomplikowany i kosztowny, co bezpośrednio przekłada się na cenę. Podobnie jest z wodami artezyjskimi, które wydobywa się z głębokich warstw ziemi, naturalnie filtrowanych przez setki lat.
Czy jednak ich unikalność jest warta setek tysięcy dolarów? Skoro są chętni, to widocznie dla nich tak. Podobnie jest na rynku zegarków – ten za kilka dolarów pokaże dokładnie ten sam czas co model za milion. Woda też ugasi pragnienie, niezależnie od tego, czy to kranówka, czy produkt klasy premium.
Ale wróćmy do rynku wód. Od kilku lat jest to segment, który notuje ogromne zainteresowanie konsumentów. Nic dziwnego, że producenci wyczuli interes. Spożycie wody stale rośnie, więc na rynku pojawiają się kolejne produkty – często kierowane do osób, które lubią podkreślać swój styl życia… albo status.
Jeśli ktoś chce zaimponować gościom, może postawić na stole chociażby butelkę Kona Nigari – wody z Japonii. Jest zdecydowanie tańsza - kosztuje "jedynie" 400 euro, ale – jak zapewniają producenci – pomaga w utracie wagi, zwalcza stres i poprawia wygląd skóry.
Brzmi znajomo? Oczywiście – bo o tym mówią i lekarze, i dietetycy. Nie wspominają tylko, że musi to być woda za kilkaset euro. Takie właściwości ma po prostu regularne picie wody.
Niektórzy klienci zwracają jednak szczególną uwagę na źródło pochodzenia wody i są gotowi sporo za to zapłacić. Jedna z droższych, ale jeszcze względnie "dostępnych" luksusowych wód pochodziła z islandzkiego lodowca i była sprzedawana pod marką "Svalbardi". Cena? Pojedyncza, designerska butelka o pojemności 750 ml kosztowała niecałe 100 euro. Producent podkreślał unikalność produktu, sugerując, że to idealny, ekstrawagancki prezent. Produkcja została jednak po kilku latach zakończona. Co ciekawe, woda ta nie miała praktycznie żadnych wartości odżywczych – często używano jej do parzenia herbaty. A smak? Niektórzy twierdzą, że lepszej w życiu nie pili.
Producenci wód nieustannie prześcigają się w marketingowych pomysłach, by przyciągnąć klientów. I tak woda "Pineo" z hiszpańskich Pirenejów ma być butelkowana wyłącznie podczas pełni księżyca – przynajmniej według reklamy. Z kolei w przypadku japońskiej "Rokko No Mizu" kluczowy jest region produkcji, zamieszkany przez wielu stulatków. Jak można się domyślić, od pokoleń piją oni lokalną wodę. Skoro pomaga im dożyć sędziwego wieku, to czemu nie zapłacić około stu euro za butelkę?
Woda z Fidżi reklamowana jest z kolei jako "najlepsza na świecie" – bez większych wyjaśnień. I najwyraźniej to wystarcza, bo klientów nie brakuje. Skoro jest najlepsza...
W USA jeszcze do niedawna można było kupić austriacką wodę w puszkach. Opakowanie 12 sztuk kosztowało około 20 dolarów i było promowane jako produkt lifestylowy. Początkowo sprzedawała się całkiem nieźle, ale z czasem Amerykanie wrócili do rodzimych marek. Pomogli w tym zapewne celebryci – Britney Spears często pokazywała się publicznie z butelką wody z USA.
W Polsce wybór wód jest tak duży, że trudno je wszystkie wymienić. I niemal każda reklamowana jest jako "wyjątkowa", "o unikalnym składzie", "z najczystszych regionów". A tymczasem najrozsądniej kupować je po prostu w promocji – wtedy butelka o pojemności 1,5 litra potrafi kosztować mniej niż 2 złote.